Krav Maga to jedna z tych sztuk walki, które znalazły sposób, żeby nigdy nie przegrać. Boks sprawdza się co sobotę. Zapasy sprawdzają się, aż ktoś zwymiotuje. Jiu-jitsu sprawdza się tak bezlitośnie, że posiadacz fioletowego pasa odklepie własną babcię dla danych. Krav Maga ominęła to wszystko i odkryła coś lepszego niż wygrywanie, czyli bycie zbyt groźnym, żeby to sprawdzić.
Tekst zawsze jest ten sam. Nie możemy naprawdę sparować, bo techniki są zbyt śmiercionośne. Uderzenia w krocze, wbijanie palców w oczy, gardło. Gdybyśmy trenowali to na pełnej prędkości, tłumaczy poważnie instruktor, ktoś by faktycznie zginął. Więc zamiast tego trenują na pół gwizdka z partnerem, który z góry zgodził się być zabity, więc po prostu stoi w miejscu, kiedy wkładasz mu palce do ust albo wydrapujesz mu gałki oczne od środka nosa.
Popatrz na obronę przed nożem, perłę w koronie. Facet trzyma gumowy nóż i dźga raz, prosto w brzuch, a potem zastyga z wyciągniętą ręką jak wieszak na płaszcze, żeby uczeń mógł wykonać gwarantowane rozbrojenie. Nie dźga drugi raz. Nie dźga szybko. I na pewno nie robi tego, co robi każdy prawdziwy napastnik, czyli nie dźga dziewięć razy w dwie sekundy z wrzaskiem, bo tej wersji nie ma w programie i zepsułaby wszystkim popołudnie. Rozbrojenie działa cudownie na jedynego człowieka na ziemi, który atakuje jak diagram z podręcznika szermierki. Master Ken przynajmniej to łapie:
I mantra, wygłaszana z absolutnym przekonaniem. Na ulicy nie ma reguł. To z ust gościa, którego ulica to pasaż handlowy, a teatr taktycznych działań to parking między Subwayem a urzędem skarbowym. Nosi taktyczne bojówki. Ma naszywkę instruktora, na którą zapracował przez jeden długi weekend. Mówi „operator” bez ironii. Przygotował całe ciało do walki z napastnikiem, który statystycznie jest gościem chcącym zwinąć telefon i sam jest przestraszony.
A teraz część, która naprawdę boli, bo jest prawdziwa. Trzon tej całej sprawy jest dobry i do pewnego stopnia odwzorowuje to, jak naprawdę wyglądają bójki. Proste ruchy na dużych grupach mięśni pod adrenaliną, oczy w górze, czujność, zrób dystans, odejdź. Ostatni ruch w każdej kombinacji to „a potem uciekasz”, i to jest szczerze jedyna poprawna rada w całym budynku. Porządne szkoły Kravu, te, które sparują ostro, zostawiają ci siniaki i pozwalają, żeby opór oceniał technikę, są prawdziwe i doskonale wiedzą, o kim mówię. Bo sztuka, która nigdy nie sprawdza, czy działa, nie zbudowała samoobrony. Zbudowała bardzo pewny siebie taniec, który odgrywasz przy gumowym nożu, a gumowy nóż zawsze przegrywa.