Większość sportów walki każe ci trochę poczekać na przemoc. Boks daje kilka rund. MMA daje minutę na rozpoznanie. Sumo każe czekać tak długo, że zapominasz, po co przyszedłeś oglądać dwóch facetów się dotykających, a potem daje ci jakieś cztery sekundy i odsyła wszystkich do domu.
Cała rozgrzewka to widowisko pełną gębą. Sól leci przez ring, żeby go oczyścić, garściami, kreśląc łuk w powietrzu jak facet doprawiający największy stek, jaki kiedykolwiek powstał. Nogi idą do góry jedna po drugiej i walą w ziemię w tupnięciu shiko, z rozmysłem, ogromne, najbardziej zdecydowane ostrzeżenie, jakie ciało może wydać, zanim jeszcze zupełnie nic nie zrobi. Jest ręcznik. Jest woda. Jest długi przysiad, w którym dwóch mężczyzn kuca na odległość ramienia i wpatruje się w siebie ze skupioną nienawiścią ludzi, których sobie jeszcze nie przedstawiono.
A potem wstają z powrotem. Nie dotknęli się. Idą do swoich narożników, sypią więcej soli, wracają, znowu kucają i wznawiają wpatrywanie, jakby to pierwsze się nie liczyło. To jest falstart, tyle że nikogo się nie karze, bo to wpatrywanie się jest nośne. Walka sumo ma więcej prób restartu niż gra wideo. Zrobią to trzy albo cztery razy. Gdzieś tyka zegar i ten zegar jest jedyną rzeczą w całej hali, której się spieszy.
I wtedy się dzieje. W momencie, gdy obie pięści dotykają gliny, zaczyna się, a szarża jest naprawdę przerażająca — dwóch najsilniejszych żyjących ludzi rusza z linii z siłą, która przeciętnego faceta wpakowałaby w ścianę i w śpiączkę. Glina się trzęsie. Plaśnięcie zderzenia jest prawdziwe. Jeden z nich dostaje pchnięcie, zostaje obrócony, wbija piętę, walczy przez pół sekundy na krawędzi ringu i przekracza linię jednym palcem stopy.
I to jest cała walka. Zrobił to palec u nogi. Cztery minuty liturgii rozstrzygnięte jednym centymetrem stopy, a zawodnik, który przegrał, już się kłania, z godnością, z koczkiem na miejscu, bo na sypanie soli poświęcił więcej czasu niż na rywalizację. Mrugnąłeś w złym momencie i musisz czekać na powtórkę.