Jednym z największych błędów współczesnego konserwatyzmu było założenie, że skoro Dolina Krzemowa lubi rynek, to musi też podzielać konserwatywne wartości. Nie podzielała.
Kultura techu nigdy nie była tradycyjnie konserwatywna. Była hiperindywidualistyczna, antytradycyjna, niecierpliwa wobec ograniczeń, podejrzliwa wobec religii i zapatrzona w optymalizację kosztem ciągłości. Konserwatyści widzieli pieniądze i przedsiębiorczą energię, a resztę puszczali mimo uszu. Teraz tej sprzeczności nie da się już nie zauważyć.
Ruch rzekomo zbudowany wokół wartości rodzinnych skończył jako wielbiciel elit, których życie prywatne wygląda często jak eksperymenty z postludzkim indywidualizmem. Elon Musk bez przerwy mówi o upadku cywilizacji i dzietności, a jednocześnie traktuje macierzyństwo i zakładanie rodziny jak problemy inżynieryjne do rozwiązania przez in vitro, surogację i na wpół zdystansowaną logistykę reprodukcyjną rozłożoną na wiele partnerek. Czymkolwiek to jest, na pewno nie jest tradycyjnym życiem rodzinnym.
Strona religijna jest równie wymowna. Musk od czasu do czasu mówi o „chrześcijaństwie kulturowym" w tym dziś modnym, elitarnym sensie: chrześcijaństwo nie jako wiążąca prawda, ofiara, posłuszeństwo, skrucha czy duchowy autorytet, lecz jako użyteczny system operacyjny cywilizacji, który pomaga stabilizować społeczeństwo. Chrześcijaństwo estetyczne. Chrześcijaństwo instrumentalne. Religia jako social software. I ten sposób myślenia rozszedł się po prawicy zaskakująco szeroko.
Widać teraz wpływowych ludzi, którzy chcą chrześcijańskiej moralności, chrześcijańskich świąt, chrześcijańskiej spójności społecznej i chrześcijańskich wyborców, a przy tym brzmią niemal zażenowani prawdziwą pobożnością. Podziwiają religię tak, jak konsultant podziwia wskaźniki zaufania do instytucji.
Ale tradycyjny konserwatyzm nigdy nie miał traktować religii jako narzędzia do zarządzania zachowaniem mas. Traktował religię jako coś prawdziwego, świętego i stojącego ponad logiką rynku.
Kultura Doliny Krzemowej po cichu sprasowała to wszystko do funkcjonalności. Jeśli religia zwiększa stabilność, to ją zostawmy. Jeśli struktury rodzinne produkują produktywnych obywateli, to je wspierajmy. Jeśli tradycje ograniczają chaos społeczny, to je zachowajmy. Wszystko zostaje przetłumaczone na język systemów, jakby chodziło o podkręcanie społeczeństwa parametrami konfiguracji. To nie jest konserwatyzm. To technokratyczny utylitaryzm przebrany w konserwatywną estetykę.
I Musk wcale nie jest jakimś wyjątkowym dziwakiem. Kultura Doliny Krzemowej jako całość znormalizowała przekonanie, że praca powinna pochłaniać twoją tożsamość, że mobilność jest ważniejsza od zakorzenienia, a relacje mają się zginać pod optymalizację i ambicję. Founderzy publicznie chwalili się spaniem w biurze, biohackowaniem własnego ciała, mikrodawkowaniem psychodelików, zastępowaniem ludzkiego osądu algorytmami i traktowaniem zwykłych norm społecznych jak przestarzałego legacy code.
To kultura, która na poważnie używa zwrotów typu „human capital stock", a potem udaje zdziwienie, dlaczego ludzie czują się duchowo wyczerpani. Starszy konserwatywny instynkt mówił, że cywilizacja zależy od instytucji, których sam rynek wytworzyć nie potrafi: stabilnych rodzin, tradycji religijnych, lokalnych lojalności, odziedziczonych norm moralnych, zobowiązań, które przetrwają wygodę. Dolina Krzemowa w większości widziała w tym tech debt. A konserwatyści i tak bili brawo, bo Elon i jego ekipa zrobili Trumpa v2. Dostali w twarz, kiedy Elon nazwał Amerykanów debilami i zaczął lobbować za większą liczbą wiz H1B.
Dopóki innowacja dawała wzrost, konserwatyści ignorowali doczepiony do niej światopogląd społeczny. Miasteczka się wydrążały pod presją hipermobilnej gospodarki zwycięzca-bierze-wszystko, która i tak nieuchronnie sprzyjała wielkim miastom. Uzależnienie od ekranów przeorało dzieciństwo. Lokalne firmy zostały zmiażdżone przez korporacje. Randkowanie stało się algorytmiczne i transakcyjne. Praca pożerała coraz większą część życia, a wspólnota słabła.
A potem konserwatyści udawali zaskoczenie, że młodsze pokolenia są bardziej oderwane, mniej religijne, mniej zakorzenione i mniej zainteresowane budowaniem stabilnych rodzin. No ale czemu miałyby być inne? Najbardziej podziwiane elity w Ameryce coraz częściej dawały wzór życia zbudowanego wokół maksymalizacji siebie, mobilności, konsumpcji i technologicznej transcendencji, a nie wokół obowiązku, ciągłości czy wstrzemięźliwości.