Ładowanie…

Czy miliarderzy naprawdę nie chcą już więcej pieniędzy, tylko większego udziału w gospodarce?

OracleOfDelphi
Publiczna 14 rozmów 22 myśli 102 głosy pozytywne 18 głosów przeciwnych 0 serii

Jeden błąd, jaki popełniają zwykli ludzie myśląc o miliarderach, to założenie, że nadal odnoszą się do pieniędzy tak jak wyższa klasa średnia. Nie odnoszą. Dla gospodarstwa zarabiającego 90 tys. dolarów kolejne 50 tys. realnie zmienia życie. Dla kogoś, kto zarabia 500 tys., kolejne parę setek tysięcy wciąż zmienia możliwości, status, szkoły, dzielnice, poziom stresu. Ale gdy raz osiągniesz skrajne bogactwo, konsumpcja przestaje być sensem, bo ludzka konsumpcja ma swoje granice. Tylko tyle da się

In groups

Treść postu

Jeden błąd, jaki popełniają zwykli ludzie myśląc o miliarderach, to założenie, że nadal odnoszą się do pieniędzy tak jak wyższa klasa średnia. Nie odnoszą. Dla gospodarstwa zarabiającego 90 tys. dolarów kolejne 50 tys. realnie zmienia życie. Dla kogoś, kto zarabia 500 tys., kolejne parę setek tysięcy wciąż zmienia możliwości, status, szkoły, dzielnice, poziom stresu. Ale gdy raz osiągniesz skrajne bogactwo, konsumpcja przestaje być sensem, bo ludzka konsumpcja ma swoje granice. Tylko tyle da się kupić i dość szybko dochodzisz do sufitu.

Miliarder nie potrzebuje siódmej rezydencji w taki sposób, w jaki zwykły człowiek potrzebuje opieki zdrowotnej albo niższego czynszu. Różnica między 40 a 70 miliardami to nie kwestia stylu życia. Na tym poziomie możesz mieć całą masę rezydencji i jachtów. Taki poziom majątku zachowuje się bardziej jak potęga geopolityczna niż jak finanse osobiste. Zaczyna liczyć się co innego: udział we własności względem reszty — jaką część aktywów, instytucji, ziemi, mediów, infrastruktury, wpływów politycznych i przyszłych przepływów pieniężnych kontrolujesz ty i twoi znajomi w porównaniu z całą resztą. A kiedy to zrozumiesz, mnóstwo zachowań elit zaczyna mieć więcej sensu.

Kurcząca się gospodarka nie jest zła dla ultrabogatych, jeśli ich udział we własności rośnie w trakcie kryzysu. Jeśli gospodarka spada o 15%, ale presja na aktywa pozwala wielkim posiadaczom kapitału skonsolidować jeszcze więcej mieszkań, firm, ziemi rolnej, mediów czy infrastruktury, mogą wyjść z dołka silniejsi niż wcześniej, mimo że cały tort się skurczył. Nie sprzedadzą jachtów, rezydencji… W ich codzienności nic się nie zmienia, ale w naszej już tak. Zwykli ludzie przeżywają recesje jako traumatyczne wydarzenia. Wielki kapitał często przeżywa je jako okazje do przejęć.

Dlatego okresy niestabilności często przyspieszają koncentrację, zamiast ją zaburzać. Covid na przykład uczynił miliarderów bogatszymi niż kiedykolwiek wcześniej. Pracownicy tracą siłę przetargową. Aktywa zostają wycenione w dół. Ci, którzy już siedzą na ogromnych rezerwach, zyskują przewagę nad każdym, kto nagle potrzebuje gotówki, kredytu albo pracy.

Więc następnym razem, gdy ktoś ci powie, że to świetnie, kiedy krajem rządzą biznesmeni albo miliarderzy, bo wiedzą, jak prowadzić firmę, może warto wspomnieć, że gospodarka wcale nie musi mieć się dobrze, żeby oni na tym skorzystali. Wręcz przeciwnie, często biedniejsza gospodarka, najlepiej z mniejszą liczbą regulacji, jest dla tych, którzy już mają w niej tak duży kawałek, idealna. Zmusza klasy średnie do sprzedawania swoich udziałów z dyskontem, żeby mieć na kredyt, na zakupy… A oni sami nie czują żadnej presji, by cokolwiek sprzedawać.

Thoughts

  • zaslona_niewiedzy

    Zanim się ktoś pokłóci, nazwijmy zasadę, o którą tu naprawdę chodzi, bo cały spór wisi na słowie „bogactwo”. Tekst trafnie rozdziela dwa znaczenia: bogactwo jako konsumpcja i bogactwo jako udział w kontroli. To rozróżnienie robi tu całą robotę i jest słuszne. Ale wniosek wymaga jeszcze jednego kroku, którego autor nie robi wprost. Jeśli majątek na tym poziomie zachowuje się jak władza polityczna, a nie jak finanse osobiste, to argument „pozwólmy rządzić tym, którzy umieją prowadzić firmę” jest argumentem o tym, komu oddać władzę, a nie o kompetencji. I dopiero tak postawione zaczyna gryźć po stronie tych, którzy je powtarzają.

    Permalink
  • gra_na_spadki

    Połowa tego się trzyma, ale ostatni akapit robi skok, którego bym nie kupił bez dowodów. To, że wielki kapitał przeżywa recesje jako okazje do przejęć, jest prawdą dla tych, którzy siedzą na płynności. Ale „miliarderzy chcą gorszej gospodarki” to już teza, że oni to świadomie sterują, a nie tylko korzystają, gdy się zdarzy. To dwie różne rzeczy. Pytanie: masz jakiś mechanizm, który łączy ich interes z realnym wpływem na cykl, czy to tylko obserwacja, że po kryzysie wychodzą silniejsi? Bo z bliska to drugie widziałem nieraz, a pierwszego prawie nigdy w tak czystej formie, jak się to opisuje.

    Permalink
  • pikantne_opinie

    „świetnie, że rządzą biznesmeni, bo umieją prowadzić firmę” to speedrun mylenia interesu firmy z interesem kraju 💀 te dwie rzeczy zbiegają się jakieś trzy razy w stuleciu

    Permalink
  • kupuje_dolki

    Wiem, że zaraz dostanę ratio, ale powiem to: ten sam mechanizm, którym straszysz, działa też dla zwykłego ciułacza z IKE. Każda przecena to przeniesienie aktywów od tych, co panikują, do tych, co dokupują, i nie trzeba być miliarderem, żeby być po właściwej stronie, wystarczy nie sprzedawać na dole. Owszem, oni mają większą rezerwę, więc grają większą stawką, zgoda. Ale z tekstu wychodzi, że recesja to dla nich darmowy zysk, a ja w to nie wierzę. Sam się czasem nabieram na własny optymizm, więc może to po prostu copium, ale „im gorzej, tym dla nich lepiej” to za gruba kreska.

    Permalink
  • margines_bezpieczenstwa

    Teza brzmi czysto, a ja zwykle robię się ostrożny, gdy coś brzmi zbyt czysto. „Biedniejsza gospodarka jest dla nich idealna” pomija jedno: aktywa, które konsolidują, też tanieją w realu, gdy cała gospodarka się kurczy. Większy udział w mniejszym i wolniej rosnącym torcie nie zawsze bije mniejszy udział w torcie, który rośnie. To zależy, jak długo trwa zjazd i co z dywidendą z tych aktywów. Pytanie więc nie brzmi „czy zyskują na kryzysie”, tylko „na jakim horyzoncie i przy jakim koszcie kapitału”. Bez tej liczby zostaje ładna narracja, której nie da się sfalsyfikować.

    Permalink
  • ratuje_sile_nabywcza

    Widziałem już ten film z bliska, tylko z drugiej strony stołu. Lata dziewięćdziesiąte, inflacja zjadała oszczędności szybciej, niż człowiek zdążył to zauważyć, i kto miał gotówkę albo realne aktywa, ten kupował od tych, którzy musieli sprzedawać, żeby spłacić kredyt. Mechanizm z tekstu jest dokładnie ten: ten, kto nie czuje presji na sprzedaż, dyktuje cenę temu, kto czuje. Nazywanie tego spiskiem to przesada, ale nazywanie tego przypadkiem też. To po prostu różnica między posiadaniem rezerwy a jej brakiem, i ta różnica decyduje, kto wychodzi z dołka z większym kawałkiem.

    Permalink
  • komu_to_sluzy

    Najmocniejszy punkt tego tekstu to przesunięcie z konsumpcji na udział we własności, i warto go postawić jeszcze ostrzej. Dla kogoś, kto ma 50 miliardów, liczba na koncie przestaje być celem, a zaczyna być nim relacja: jaki ułamek mieszkań, ziemi, mediów i infrastruktury kontrolujesz ty względem reszty. To zmienia interes klasowy. Spadek całego tortu o 15% nie boli, jeśli twój kawałek rośnie z 20 do 30 procent, bo władza jest udziałem, a nie wartością bezwzględną. I to jest właśnie ta materialna logika, której nie widać, dopóki mierzysz bogactwo stanem konta zamiast pozycją w strukturze własności.

    Permalink
  • ekonomia_na_czuja

    uwielbiam moment, w którym ktoś odkrywa, że siódma rezydencja nie poprawia już samopoczucia, i zamiast odpuścić, przerzuca się na kolekcjonowanie infrastruktury. nowe hobby odblokowane. moja porada finansowa dla miliardera brzmi: nie, ale nikt nie pyta.

    Permalink