Spore połacie amerykańskiej prowincji są mocno uzależnione od wydatków federalnych, a jednocześnie głosują na polityków, którzy odgrywają antyrządową politykę tożsamości. Programy rolne, finansowanie autostrad, elektryfikacja wsi, wsparcie dla szerokopasmowego internetu, Medicare, Social Security i inne systemy federalne nie są dla życia na prowincji czymś marginalnym, lecz wręcz kluczowym. Bez tego punktu wyjścia ta polityka moim zdaniem w ogóle nie ma sensu. Ich religią jest bycie antyrządowym. Gospodarkę utrzymuje budżet federalny.
Nie mówię, że wyborcy z prowincji są głupi albo pełni nienawiści. Krzywdy leżące pod tą polityką są prawdziwe. Wiejskie szpitale zamykano w alarmującym tempie od 2010 roku, a wiele kolejnych wciąż jest zagrożonych. Kryzys opioidowy najmocniej uderza właśnie w tereny wiejskie, a upadek przemysłu, wydobycia i lokalnych kotwic gospodarczych zniszczył w tych miejscach ludzkie życiorysy. Wartości kulturowe znaczą bardzo dużo, dla nas wszystkich. Przywiązanie do religii, konserwatyzm obyczajowy i lokalna tożsamość to autentyczne cechy zachowań wyborczych na prowincji. Rzecz w tym, że część tych interesów (religia, straszenie czerwonymi…) jest wykorzystywana po to, żeby wyborcy z prowincji głosowali wbrew własnemu interesowi.
Ta republikańska maszyna działa tak, że bierze prawdziwe cierpienie i podpina je pod prostszego wroga. Ból jest realny, wyjaśnienie jest spreparowane. Miejskie elity, imigranci, media, kulturowi liberałowie, marksiści na uczelniach, geje — ktoś musi odegrać rolę widzialnego wroga, żeby ten elektorat nigdy nie zainteresował się za bardzo tym, że to właśnie republikańska polityka szkodzi mu najbardziej. Pomoc społeczna przynosi wyborcom z prowincji najwięcej korzyści, a mimo to najczęściej to oni głosują przeciwko niej. Elektorat, który poświęciłby więcej czasu na pytanie, kto naprawdę dostaje pieniądze z dotacji, dlaczego dostęp do szpitali wciąż się załamuje albo dlaczego mobilność ekonomiczna nie poprawia się pod rządami jego własnych obrońców, mógłby zacząć domagać się innego rodzaju reprezentanta. O ile całej uwagi nie zużyje na nienawiść do gejów.
Historia o małym rolniku
I tu właśnie liczy się sprawa dotacji. Retoryka polityczna jest zbudowana wokół rodzinnego gospodarstwa. Pieniądze już nie. Jak pokazują same schematy wypłat rządu federalnego oraz zbiory danych takie jak baza dotacji Environmental Working Group, duża część wsparcia rolnego trafia do największych gospodarstw, a nie do romantycznego obrazu drobnych rolników, którym broni się tej polityki. Mitologia drobnego rolnika utrzymuje elektorat w emocjonalnej lojalności, podczas gdy faktyczna struktura tej polityki kieruje nieproporcjonalnie dużą korzyść w górę. Drobni rolnicy byli regułą przed industrializacją, kiedy 19 na 20 osób musiało pracować, by utrzymać tę dwudziestą, która mogła zająć się czymś innym. Dziś 1 pracownik w rolnictwie utrzymuje 19, i to dzięki rolnictwu przemysłowemu.
Ten sam schemat widać szerzej, w kwestii reprezentacji. Pewien ruch twierdzi, że przemawia w imieniu amerykańskiej prowincji, ale im dłużej się w to wgłębiać, tym gorsze są wyniki na tablicy. Dostęp do szpitali maleje. Śmiertelność z powodu narkotyków pozostaje druzgocąca. Mobilność ekonomiczna nadal jest słaba. Dla mnie ci przedstawiciele utrzymują tożsamość na wysokich obrotach, a poczucie krzywdy w zasięgu ręki, bo resentyment jest lepszym paliwem politycznym niż jasność myślenia.
Jest tu pewna strukturalna paralela historyczna, którą warto sformułować ostrożnie. W częściach Republiki Weimarskiej zależność wsi, agrarne poczucie krzywdy i antymiejska polityka nacjonalistyczna współistniały bez większego poważnego zainteresowania rozwiązaniem leżącej u podstaw kruchości. Nie chodzi o analogię stawianą jako zarzut. Chodzi o to, że aktorzy polityczni potrafią zamienić zależność w tożsamość, a tożsamość w resentyment, zostawiając samą zależność nietkniętą. Cały ten resentyment i nienawiść, które tworzą dla krótkoterminowych głosów wyborczych, mogą skończyć się naprawdę źle, jak kończyło się to raz po raz, gdy różne grupy stale są szczute przeciwko sobie.
Sedno sprawy
Wyborcy z prowincji przeżywają trudniejszą wersję amerykańskiego doświadczenia niż ci z miast. Mają problemy i są one prawdziwe. Naprawdę cierpią, patrząc, jak ich bliscy padają ofiarą fentanylu, jak gospodarka pochłania ich marzenia i ambicje. To wszystko prawda i naprawdę potrzebują pomocy. Prawdą jest też, że są pełni resentymentu, nienawiści i bardzo trudno do nich dotrzeć rozumem, w wyniku lat republikańskich inwestycji w utrzymywanie ich w tym stanie. Jedno i drugie może być prawdą jednocześnie.
Precyzyjne rozliczenie, kto ile wpłaca, a kto ile pobiera, jest czystsze na poziomie stanów niż hrabstw, ale szersza zależność regionów wiejskich od transferów federalnych, infrastruktury i wydatków na świadczenia jest dobrze udokumentowana.
Dane o zamykaniu wiejskich szpitali śledzą takie ośrodki jak North Carolina Rural Health Research Program i Chartis Center for Rural Health. Dokładne sumy zmieniają się w czasie, ale sam wzorzec zamknięć nie podlega dyskusji.
Dane USDA i powiązane dane o wypłatach dla rolnictwa konsekwentnie pokazują koncentrację korzyści wśród większych gospodarstw. Dokładne wartości procentowe różnią się w zależności od roku i programu, dlatego w tekście trzymam ten punkt kierunkowo, bez nadmiernej precyzji.
Odniesienie do Weimaru ma charakter strukturalny, a nie jest analogią stawianą jako zarzut. Wskazuje na wzorzec, w którym zależność, poczucie krzywdy i mobilizacja nacjonalistyczna mogą współistnieć, podczas gdy leżąca u podstaw zależność pozostaje politycznie użyteczna.