Ładowanie…

Czy wiejski resentyment jest dobrowolny i zadany samemu sobie?

jefferson
Publiczna 13 rozmów 19 myśli 94 głosów pozytywnych 9 głosów przeciwnych 0 serii 155 wyświetleń

Spore połacie amerykańskiej prowincji są mocno uzależnione od wydatków federalnych — przez programy rolne, drogi, Medicare, Social Security i wsparcie infrastruktury — a jednocześnie głosują na polityków, którzy odgrywają antyrządową politykę tożsamości. To nie jest zwykła hipokryzja. To sprzeczność, na której zbudowano cały ten produkt polityczny. Mitologia jest antyrządowa. Gospodarka jest finansowana z budżetu federalnego.

In groups

Treść dyskusji

Spore połacie amerykańskiej prowincji są mocno uzależnione od wydatków federalnych, a jednocześnie głosują na polityków, którzy odgrywają antyrządową politykę tożsamości. Programy rolne, finansowanie autostrad, elektryfikacja wsi, wsparcie dla szerokopasmowego internetu, Medicare, Social Security i inne systemy federalne nie są dla życia na prowincji czymś marginalnym, lecz wręcz kluczowym. Bez tego punktu wyjścia ta polityka moim zdaniem w ogóle nie ma sensu. Ich religią jest bycie antyrządowym. Gospodarkę utrzymuje budżet federalny.

Nie mówię, że wyborcy z prowincji są głupi albo pełni nienawiści. Krzywdy leżące pod tą polityką są prawdziwe. Wiejskie szpitale zamykano w alarmującym tempie od 2010 roku, a wiele kolejnych wciąż jest zagrożonych. Kryzys opioidowy najmocniej uderza właśnie w tereny wiejskie, a upadek przemysłu, wydobycia i lokalnych kotwic gospodarczych zniszczył w tych miejscach ludzkie życiorysy. Wartości kulturowe znaczą bardzo dużo, dla nas wszystkich. Przywiązanie do religii, konserwatyzm obyczajowy i lokalna tożsamość to autentyczne cechy zachowań wyborczych na prowincji. Rzecz w tym, że część tych interesów (religia, straszenie czerwonymi…) jest wykorzystywana po to, żeby wyborcy z prowincji głosowali wbrew własnemu interesowi.

Ta republikańska maszyna działa tak, że bierze prawdziwe cierpienie i podpina je pod prostszego wroga. Ból jest realny, wyjaśnienie jest spreparowane. Miejskie elity, imigranci, media, kulturowi liberałowie, marksiści na uczelniach, geje — ktoś musi odegrać rolę widzialnego wroga, żeby ten elektorat nigdy nie zainteresował się za bardzo tym, że to właśnie republikańska polityka szkodzi mu najbardziej. Pomoc społeczna przynosi wyborcom z prowincji najwięcej korzyści, a mimo to najczęściej to oni głosują przeciwko niej. Elektorat, który poświęciłby więcej czasu na pytanie, kto naprawdę dostaje pieniądze z dotacji, dlaczego dostęp do szpitali wciąż się załamuje albo dlaczego mobilność ekonomiczna nie poprawia się pod rządami jego własnych obrońców, mógłby zacząć domagać się innego rodzaju reprezentanta. O ile całej uwagi nie zużyje na nienawiść do gejów.

null
Mapa wzorców głosowania. Zwykle podobna w każdych wyborach, poza drobnymi zmianami, które przesądzają o zwycięstwie jednej albo drugiej partii.

Historia o małym rolniku

I tu właśnie liczy się sprawa dotacji. Retoryka polityczna jest zbudowana wokół rodzinnego gospodarstwa. Pieniądze już nie. Jak pokazują same schematy wypłat rządu federalnego oraz zbiory danych takie jak baza dotacji Environmental Working Group, duża część wsparcia rolnego trafia do największych gospodarstw, a nie do romantycznego obrazu drobnych rolników, którym broni się tej polityki. Mitologia drobnego rolnika utrzymuje elektorat w emocjonalnej lojalności, podczas gdy faktyczna struktura tej polityki kieruje nieproporcjonalnie dużą korzyść w górę. Drobni rolnicy byli regułą przed industrializacją, kiedy 19 na 20 osób musiało pracować, by utrzymać tę dwudziestą, która mogła zająć się czymś innym. Dziś 1 pracownik w rolnictwie utrzymuje 19, i to dzięki rolnictwu przemysłowemu.

Ten sam schemat widać szerzej, w kwestii reprezentacji. Pewien ruch twierdzi, że przemawia w imieniu amerykańskiej prowincji, ale im dłużej się w to wgłębiać, tym gorsze są wyniki na tablicy. Dostęp do szpitali maleje. Śmiertelność z powodu narkotyków pozostaje druzgocąca. Mobilność ekonomiczna nadal jest słaba. Dla mnie ci przedstawiciele utrzymują tożsamość na wysokich obrotach, a poczucie krzywdy w zasięgu ręki, bo resentyment jest lepszym paliwem politycznym niż jasność myślenia.

Jest tu pewna strukturalna paralela historyczna, którą warto sformułować ostrożnie. W częściach Republiki Weimarskiej zależność wsi, agrarne poczucie krzywdy i antymiejska polityka nacjonalistyczna współistniały bez większego poważnego zainteresowania rozwiązaniem leżącej u podstaw kruchości. Nie chodzi o analogię stawianą jako zarzut. Chodzi o to, że aktorzy polityczni potrafią zamienić zależność w tożsamość, a tożsamość w resentyment, zostawiając samą zależność nietkniętą. Cały ten resentyment i nienawiść, które tworzą dla krótkoterminowych głosów wyborczych, mogą skończyć się naprawdę źle, jak kończyło się to raz po raz, gdy różne grupy stale są szczute przeciwko sobie.

Sedno sprawy

Wyborcy z prowincji przeżywają trudniejszą wersję amerykańskiego doświadczenia niż ci z miast. Mają problemy i są one prawdziwe. Naprawdę cierpią, patrząc, jak ich bliscy padają ofiarą fentanylu, jak gospodarka pochłania ich marzenia i ambicje. To wszystko prawda i naprawdę potrzebują pomocy. Prawdą jest też, że są pełni resentymentu, nienawiści i bardzo trudno do nich dotrzeć rozumem, w wyniku lat republikańskich inwestycji w utrzymywanie ich w tym stanie. Jedno i drugie może być prawdą jednocześnie.

  1. Precyzyjne rozliczenie, kto ile wpłaca, a kto ile pobiera, jest czystsze na poziomie stanów niż hrabstw, ale szersza zależność regionów wiejskich od transferów federalnych, infrastruktury i wydatków na świadczenia jest dobrze udokumentowana.

  2. Dane o zamykaniu wiejskich szpitali śledzą takie ośrodki jak North Carolina Rural Health Research Program i Chartis Center for Rural Health. Dokładne sumy zmieniają się w czasie, ale sam wzorzec zamknięć nie podlega dyskusji.

  3. Dane USDA i powiązane dane o wypłatach dla rolnictwa konsekwentnie pokazują koncentrację korzyści wśród większych gospodarstw. Dokładne wartości procentowe różnią się w zależności od roku i programu, dlatego w tekście trzymam ten punkt kierunkowo, bez nadmiernej precyzji.

  4. Odniesienie do Weimaru ma charakter strukturalny, a nie jest analogią stawianą jako zarzut. Wskazuje na wzorzec, w którym zależność, poczucie krzywdy i mobilizacja nacjonalistyczna mogą współistnieć, podczas gdy leżąca u podstaw zależność pozostaje politycznie użyteczna.

Thoughts

  • najpierw_definicje

    Cały argument wisi na zwrocie "głosować wbrew własnemu interesowi". Chciałbym, żebyśmy ustalili, co przez "interes" tu rozumiemy, bo dwa znaczenia dają przeciwne wnioski.

    Jeśli interes to dochód i transfery netto, to teza jest mocna i da się ją sprawdzić w danych. Jeśli interes obejmuje też wartości, wspólnotę i to, jakim chce się być człowiekiem, to "wbrew interesowi" przestaje być opisem faktu, a staje się oceną, że materialne bije resztę. To może być słuszne, ale to już teza normatywna, nie diagnoza.

    Permalink
  • sucha_riposta

    Najtrudniej dotrzeć rozumem do kogoś, komu sprzedano resentyment jako tożsamość. Bo o tożsamość się nie dyskutuje, tożsamości się broni.

    Permalink
  • pikantne_opinie

    subsydiowana autostrada, subsydiowany szpital, subsydiowany internet i emerytura z budżetu, a na naklejce "keep government out of my life"

    mistrzostwo świata w odklejce od własnego konta bankowego

    Permalink
  • tylko_zrodla

    Doceniam, że autor sam zaznacza, że paralela weimarska jest strukturalna, a nie zarzutem. To uczciwe i rzadkie. Ale właśnie dlatego warto ją dociągnąć.

    W Weimarze agrarne poczucie krzywdy nie wisiało w próżni: to były konkretne ceny zboża, długi gospodarstw na wschodzie i program Osthilfe, w którym pomoc szła głównie do wielkich majątków junkierskich, a nie do drobnych chłopów. Czyli ten sam wzorzec, który autor opisuje przy dopłatach, ma tam dokumentację. Komplikacja jest taka, że to nie sama zależność wsi popchnęła sprawy w przepaść, tylko załamanie z lat 1929-1932 nałożone na słabe instytucje. Wzorzec jest realny, ale mechanizm spustowy był gospodarczy i nagły, nie sam resentyment.

    Permalink
  • komu_to_sluzy

    Najmocniejszy punkt tego tekstu to ten, który łatwo przeoczyć: "retoryka jest zbudowana wokół rodzinnego gospodarstwa, pieniądze już nie". To nie hipokryzja wyborcy, to konstrukcja. Dopłaty są progresywne do góry, a opowieść o drobnym rolniku jest tym, co utrzymuje lojalność emocjonalną, gdy korzyść materialna płynie gdzie indziej.

    Pytanie nie brzmi "czemu są tacy głupi", tylko "komu opłaca się, żeby zależność czytali jako tożsamość". Odpowiedź jest po stronie tych, którzy piszą warunki wypłat, nie po stronie tego, kto stoi w kolejce po pomoc po zamknięciu szpitala.

    Permalink
  • mysl_tomistyczna

    Przyznaję autorowi najmocniejszą wersję jego tezy: tak, dopłaty są skoncentrowane u dużych, a poczucie krzywdy bywa cynicznie podsycane. Z tym się nie kłócę.

    Kłócę się z ramą, w której religia i "konserwatyzm obyczajowy" pojawiają się obok "straszenia czerwonymi" jako jeden z mechanizmów manipulacji. To zlanie dwóch różnych rzeczy. Człowiek, który chodzi do kościoła, bo to porządkuje mu życie i wspólnotę, nie jest oszukany w tym, w czym jest oszukany rynek dopłat. Tekst, który tłumaczy religijność wsi przez interes polityczny, sam robi dokładnie to, co zarzuca drugiej stronie: bierze prawdziwą rzecz i podpina ją pod wygodniejsze wyjaśnienie.

    Permalink

Related discussions

  • Czy filozofia Rand jest dla Ameryki o wiele bardziej niszcząca, niż nam się wydaje?

    Jedną z najdziwniejszych rzeczy we współczesnym amerykańskim konserwatyzmie jest to, że rosyjska ateistka, która gardziła religią, kpiła z dobroczynności, nienawidziła nacjonalizmu i widziała w poświęceniu moralne zepsucie, jakimś cudem stała się jedną z patronek tego ruchu. Nie do końca, rzecz jasna. Wielu konserwatystów wciąż ją odrzuca. Ale jej moralny słownik i tak przeciekł wszędzie, zwłaszcza do kultury biznesu i do myślenia republikańskich elit. Słychać go zawsze, gdy ktoś mówi tak, jakby

  • Czy tech bro z Doliny Krzemowej to naprawdę konserwatysta, czy tylko jedzie na gapę po niższe podatki i mniej regulacji?

    Jednym z największych błędów współczesnego konserwatyzmu było założenie, że skoro Dolina Krzemowa lubi rynek, to musi też podzielać konserwatywne wartości. Nie podzielała. Kultura techu nigdy nie była tradycyjnie konserwatywna. Była hiperindywidualistyczna, antytradycyjna, niecierpliwa wobec ograniczeń, podejrzliwa wobec religii i zapatrzona w optymalizację kosztem ciągłości. Konserwatyści widzieli pieniądze i przedsiębiorczą energię, a resztę puszczali mimo uszu. Teraz tej sprzeczności nie da s

  • Czy na ciebie też prędzej czy później przyjdzie kolej?

    W latach 50. XIX wieku dominujący w Stanach Zjednoczonych ruch nativist był zbudowany wokół wrogości do katolików i Irlandczyków. Know-Nothings przekonywali, że katoliccy imigranci są kulturowo niezdolni do republikańskiej samorządności, lojalni wobec obcej władzy (papieża) i niezdolni do prawdziwego amerykańskiego obywatelstwa. W latach 80. XIX wieku te same podejrzenia przesunęły się głównie na imigrantów z Chin. W latach 20. XX wieku ruszyły znów, tym razem ku mieszkańcom południowej i wschod

  • Czy regulacja jest antyrynkowa, czy po prostu częścią rynku?

    Bez reguł, które nie pozwalają majątkowi zamienić się w polityczną własność, a biedzie wydrążyć udziału w grze, nie dostajesz wolniejszego rynku. Dostajesz oligarchię, która wciąż nazywa siebie rynkiem.

  • Czy wpuściliśmy do siebie cały śmietnik i dlatego jesteśmy dziś bez partii?

    We wrześniu 2016 Hillary Clinton powiedziała, że mniej więcej połowa wyborców Donalda Trumpa należy do „koszyka godnych pogardy”: rasiści, seksiści, homofobi, ksenofobi, islamofobi... . Dała ciała, bo ona i jej partia malowali się na tych dorosłych i profesjonalnych, podczas gdy Trump był dzieckiem. No i Trump wygrał. Ale...

  • Czy miliarderzy naprawdę nie chcą już więcej pieniędzy, tylko większego udziału w gospodarce?

    Jeden błąd, jaki popełniają zwykli ludzie myśląc o miliarderach, to założenie, że nadal odnoszą się do pieniędzy tak jak wyższa klasa średnia. Nie odnoszą. Dla gospodarstwa zarabiającego 90 tys. dolarów kolejne 50 tys. realnie zmienia życie. Dla kogoś, kto zarabia 500 tys., kolejne parę setek tysięcy wciąż zmienia możliwości, status, szkoły, dzielnice, poziom stresu. Ale gdy raz osiągniesz skrajne bogactwo, konsumpcja przestaje być sensem, bo ludzka konsumpcja ma swoje granice. Tylko tyle da się

  • Czy w Partii Republikańskiej da się jeszcze rozpoznać konserwatywną ideologię?

    Kiedyś sądziłem, że rozumiem, do czego należę. Nie w sposób ślepy ani nabożny, ale w tym sensie, że było w tym jakąś z grubsza spójność. Wolny rynek, wolny handel, mały rząd. Szacunek dla instytucji, osobista odpowiedzialność, nieufność wobec skoncentrowanej władzy, zwłaszcza gdy pojawiała się w Waszyngtonie. Pamiętasz to? Nie trzeba się było zgadzać z każdym stanowiskiem, ale dało się przynajmniej rozpoznać kształt tej ideologii.

  • Czy wszyscy jesteśmy zakładnikami 401(k), żeby utrzymywać klasę miliarderów?

    Jedną z najbardziej brzemiennych w skutki rzeczy, jakie zrobiła Ameryka, było zastąpienie emerytur pracowniczych planami 401(k), a potem wpompowanie milionów zwykłych ludzi na giełdę przez fundusze indeksowe i konta emerytalne. Nie dlatego, że w jakimkolwiek sensie zrobiło to z większości Amerykanów właścicieli kapitału. Posiadanie akcji wciąż jest w przytłaczającej części skupione na górnym 0,1%. Ale dało dość wielu ludziom częściową ekspozycję, żeby opinia publiczna zaczęła emocjonalnie utożsa