Publiczna12 rozmów19 myśli86 głosów pozytywnych13 głosów przeciwnych0 serii166 wyświetleń
Joshua Tree wydaje się mniej parkiem narodowym, a bardziej miejscem, do którego czyjś były przeprowadził się, żeby „odnaleźć siebie”. Krajobraz wygląda dokładnie tak, jakby pustynia zaczęła głosić poglądy, z których przed cancel culture jeszcze się śmiano. Dziwaczne, powykręcane drzewa. Sterty wielkich okrągłych głazów ułożonych pod kątem, który ładnie wychodzi na Instagramie. Każdy zakątek parku wygląda jak okładka płyty U2 albo tło zawyżonej cenowo reklamy kosmetyków.
Najciekawsze jest dla mnie to, że ci ludzie z butelkami oblepionymi astrologią mówią dokładnie tym samym tonem, którego nauczyłam się na oazie. „To miejsce coś we mnie otworzyło”, „poczułam obecność”. Cała ta gramatyka przeżycia jest żywcem wzięta z rekol
Najciekawsze jest dla mnie to, że ci ludzie z butelkami oblepionymi astrologią mówią dokładnie tym samym tonem, którego nauczyłam się na oazie. „To miejsce coś we mnie otworzyło”, „poczułam obecność”. Cała ta gramatyka przeżycia jest żywcem wzięta z rekolekcji, tylko parafię zamieniono na pustynię, bo pustynia nie ma proboszcza, który mógłby ci coś powiedzieć.
Nie szydzę z nich, sama tego potrzebowałam. Po prostu zabawnie patrzeć, jak ktoś ucieka od „zorganizowanej religii” prosto w jej dokładną kopię, tylko bez budynku i bez kogokolwiek, kto by go z tego rozliczył.
Treść dyskusji
Joshua Tree wydaje się mniej parkiem narodowym, a bardziej miejscem, do którego czyjś były przeprowadził się, żeby „odnaleźć siebie”. Krajobraz wygląda dokładnie tak, jakby pustynia zaczęła głosić poglądy, z których przed cancel culture jeszcze się śmiano. Dziwaczne, powykręcane drzewa. Sterty wielkich okrągłych głazów ułożonych pod kątem, który ładnie wychodzi na Instagramie. Każdy zakątek parku wygląda jak okładka płyty U2 albo tło zawyżonej cenowo reklamy kosmetyków.
I jakimś cudem, mimo że obiektywnie jest pięknie, całe miejsce promieniuje agresywną energią „road tripu ze szkoły artystycznej”.
Tak, naprawdę tak to wygląda. Parę minut dziennie, mniej więcej wtedy, gdy jesteś już z powrotem w hotelu, bo po zmroku nie powinno cię tu być.
Połowa zwiedzających wygląda, jakby przyjechała prosto z butiku z używaną odzieżą w Silver Lake. Wszyscy noszą gigantyczne kapelusze i taszczą wspierające emocjonalnie butelki na wodę oblepione naklejkami o astrologii. Miniesz ludzi w milczeniu robiących zdjęcia kamieniowi, jakby próbowali wchłonąć z niego mądrość. Same drzewa Jozuego są szczególnie zabawne, bo wyglądają mniej jak majestatyczne rośliny pustynne, a bardziej jak coś, co narysowałoby dziecko, gdybyś kazał mu wymyślić drzewo z pamięci. Mają proporcje halucynacji rodem od Dr. Seussa. To trochę nietypowe drzewa, ale nietypowe w tym sensie, że w młodości nie dostają dość pożywienia i wyrastają na dziwadła.
A samo chodzenie po szlakach to w gruncie rzeczy błądzenie wśród coraz gorętszych aranżacji „pustynnych rzeczy”. Sterta kamieni. Kaktus. Dziwne drzewo. Inna sterta kamieni. Facet grający na handpanie bez żadnego powodu. Powtórz. Nie wiem, może po prostu nie lubię pustyń.
Najzabawniejsze jest to, jak duchowo poważnie ludzie podchodzą do tego miejsca. Każda rozmowa brzmi, jakby ktoś opisywał transformujące rekolekcje z ayahuaską. Stary, to tylko pustynia z dziwnymi drzewami.
„Pustynia naprawdę zdziera z ciebie to, kim jesteś”.
„Cisza tutaj ma w sobie moc”.
„Te kamienie zresetowały mnie emocjonalnie”.
A jednak… co irytujące… Joshua Tree faktycznie jest ciekawe. O zachodzie cały park robi się fioletowo-złoty, kamienie zaczynają świecić, powietrze stygnie i nagle rozumiesz, dlaczego ludzie stają się przez to nieznośni. Przez jakieś dwadzieścia minut autentycznie czujesz, że pustynia może wiedzieć coś, czego ty nie wiesz. Pod warunkiem, że uda ci się to chłonąć w ciszy, bez kogoś, kto puszcza obok muzykę na cały regulator.
„Pustynia zdziera z ciebie to, kim jesteś”, a potem ta sama osoba wraca do hotelu, bo po zmroku nie wolno tam być. Zdarcie tożsamości w godzinach pracy parku.
„Te kamienie zresetowały mnie emocjonalnie” to mój ulubiony gatunek zdania, bo brzmi głęboko, a nie znaczy nic. Kamień nie ma przycisku reset. Ty miałeś dwa dni wolne od maili i to one cię zresetowały, kamień akurat stał obok.
Cała ta duchowa otoczka mnie omija, ale o samym chodzeniu się wypowiem, bo bywam tam na długich wybieganiach. Autor opisuje to jako błądzenie wśród „pustynnych rzeczy” i trochę go rozumiem, tylko on chyba szedł w złych godzinach.
na pustyni liczy się nie szlak, tylko zegar, między dziesiątą a szesnastą faktycznie jest to spacer po piekarniku
woda schodzi szybciej, niż myślisz, bo się nie pocisz widocznie, tylko po prostu wysychasz
te krzywe drzewa wyglądają jednakowo dopiero wtedy, gdy idziesz za szybko, żeby cokolwiek zauważyć
O świcie to zupełnie inny park i nikt tam nie gra na handpanie.
Te drzewa o proporcjach Dr. Seussa to dla mnie najlepszy fragment, bo to akurat prawda dosłowna, a nie metafora. Widziałem kiedyś takie zdjęcie i myślałem, że ktoś przesadził z filtrem. Trochę szkoda, że roślina, która wygląda jak rysunek dziecka, musiała zostać oklejona całą tą duchowością. Wystarczyłoby zostawić ją jako dziwne drzewo i już byłaby ciekawa.
Mam szczere pytanie do autora, bo ten fragment o dwudziestu minutach o zachodzie wydaje mi się najważniejszy w całym tekście. Czy ta nieznośność tych ludzi nie bierze się stąd, że oni próbują utrzymać na stałe coś, co z natury trwa tylko chwilę? W wielu tradycjach moment objawienia jest właśnie krótki i nieuchwytny, a cała religia to późniejsza próba opowiedzenia go na nowo. Może handpan i naklejki to po prostu nieudana liturgia tych dwudziestu minut.
To jest po prostu format „zwykłe miejsce + osoba, która ostatnio przeczytała jedną książkę o uważności”. Działa na Bieszczady, na Saharę i na parking pod Lidlem o zachodzie. Joshua Tree dostało po prostu lepsze oświetlenie.
Najciekawsze jest dla mnie to, że ci ludzie z butelkami oblepionymi astrologią mówią dokładnie tym samym tonem, którego nauczyłam się na oazie. „To miejsce coś we mnie otworzyło”, „poczułam obecność”. Cała ta gramatyka przeżycia jest żywcem wzięta z rekolekcji, tylko parafię zamieniono na pustynię, bo pustynia nie ma proboszcza, który mógłby ci coś powiedzieć.
Nie szydzę z nich, sama tego potrzebowałam. Po prostu zabawnie patrzeć, jak ktoś ucieka od „zorganizowanej religii” prosto w jej dokładną kopię, tylko bez budynku i bez kogokolwiek, kto by go z tego rozliczył.
To akurat wyłącznie moja wina, bo nakręciłem sobie za duże oczekiwania. Może jak obniżysz swoje, to ci się spodoba. Usłyszałem „skamieniały las" i wyobraziłem sobie pradawny kamienny las, zastygły w miejscu jak coś z mrocznego fantasy. Owszem, oglądałem zdjęcia, zanim pojechałem, ale wyglądały jak to tutaj...
Wygląda dokładnie jak na zdjęciach. Super, już go widziałeś. Nie twierdzę, że nie robi wrażenia. Oczywiście, że robi. Stoi tam nawet tablica, która właściwie się przyznaje: „No dobra, nie jest największym kanionem na świecie w żadnej mierzalnej kategorii, ale duchowo? Emocjonalnie? Pod względem vibe'u? Jest najwspanialszy”. Jasne. Czemu nie.
Park Narodowy Gór Skalistych jest piękny tak samo, jak piękne jest demo telewizora 4K. Wszystko wygląda sztucznie. Jeziora są zbyt lustrzane, góry zbyt dramatyczne, a łosie kręcą się dookoła z tak idealnym wyczuciem czasu, że człowiek ma wrażenie, jakby je wygenerował komputer.
Dolina Śmierci to mniej park narodowy, a bardziej zagrożenie środowiskowe z tabliczkami informacyjnymi. Ma to w nazwie, a Europejczycy i tak rezerwują loty do USA, żeby przyjechać tu i umrzeć.
Arches jest okej, naprawdę. Dostajesz dokładnie to, co obiecano: są łuki. Na pewno znajdziesz to, czego szukasz, ty i te tysiące innych. Myślałeś, że to będzie magiczna chwila między kosmicznymi łukami skalnymi? Pomyśl jeszcze raz.
Denali przypomina mniej zwiedzanie parku narodowego, a bardziej próbę umówienia się na spotkanie z górą, która cię nie szanuje.Po pierwsze, jest spora szansa, że góry w ogóle nie zobaczysz. Denali większość życia spędza schowana za chmurami jak gwiazda unikająca paparazzi. To my jesteśmy paparazzi. Ludzie przyjeżdżają, czekają trzy dni, wydają tysiące dolarów i wyjeżdżają, mając za sobą technicznie „pogodę w okolicy góry”....
Park Narodowy Saguaro to w zasadzie kilka godzin jeżdżenia w kółko i patrzenia na jedną wyjątkowo upartą roślinę. Upartą, żeby przetrwać tam, gdzie rośliny nie rosną, a ludzie zdecydowanie nie powinni rozważać życia. Ale to opisuje całą Arizonę. I trzeba przyznać, że saguaro robią wrażenie. Są ogromne. Niektóre mają po dwieście lat. Tyle że w końcu mózg zaczyna wrzucać wszystkie do tego samego folderu z napisem „wielki kaktus. Patrz, kaktus. Tylko duży i trochę dziwny
Dolina Yosemite robi piorunujące wrażenie. Niestety jest też symulatorem korków. Połowę wizyty spędzasz, posuwając się centymetr po centymetrze za wynajętymi SUV-ami i próbując nie zahaczyć o rowerzystę przebranego, jakby startował w Tour de France. W końcu wysiadasz z auta i tak, dobra, El Capitan i Half Dome są nie do uwierzenia. Zobaczysz je, ale NIE wejdziesz na nie*