Jeśli masz zamiar zjeść zwierzę, pytanie nie brzmi, czy jego śmierć jest smutna. Brzmi: ile cierpienia twój wybór naprawdę dokłada światu na każdy gram białka, który dostajesz w zamian. Większość ludzi odpowiada zamiast tego uczuciem, a uczucie sprzyja krowie, bo krowa to jedna duża, oswojona śmierć, a puszka sardynek wygląda jak mała masakra. Policzone uczciwie, to uczucie jest na opak.
Jak to policzyć
Decyduje jedna rzecz: cierpienie, które twój popyt faktycznie dokłada na gram białka. To nie to samo, co surowa liczba zwierząt, które giną. Rozbija się to na kilka osobnych pytań.
Ile zwierząt ginie za białko, które dostajesz?
Ile każde z nich potrafi naprawdę cierpieć?
O ile życia skraca każda śmierć?
Ile ta żywność kosztuje wszystko inne, co żyje?
A pod tym wszystkim: ile z tego wydarzyłoby się i tak, bez ciebie?
To ostatnie pytanie waży więcej, niż się ludziom wydaje, i to właśnie tu drogi krowy i sardynki się rozchodzą.
Sprawa wołowiny
Wołowina ma mocniejszą sprawę, niż chce przyznać większość ludzi jedzących ryby, i zaczyna się ona od rozmiaru.
Krowy są ogromne. Osoba jedząca mięso zjada przez życie mniej więcej jedenaście sztuk bydła i grubo ponad dwa tysiące kurczaków, niemal wyłącznie dlatego, że kurczak jest mały, a wół nie. Na kalorię z wołowiny ginie mniej zwierząt niż z prawie każdego innego mięsa.
Na jedną śmierć wołowina jest łagodna. Zważ każdą śmierć tym, ile zwierzę może realnie cierpieć, a wynik jest jaskrawy: wołowina i nabiał wypadają coś rzędu setek do tysiąca razy mniej szkodliwie na kilogram niż kurczak czy jajka.
Wół z pastwiska może mieć prawdziwe życie. Pasie się, porusza ze stadem, które rozpoznaje, i dożywa regulowanej śmierci po większej części normalnego życia. To więcej, niż dostaje prawie każde zwierzę hodowlane.
Jedno zwierzę, dwie żywności. Ta sama krowa daje mleko, więc jej istnienie nie schodzi wyłącznie na mięso.
Jeśli twoją zasadą jest zabić jak najmniej zwierząt i każdemu z nich wyrządzić jak najmniej krzywdy, wołowina to poważna odpowiedź, a leżący obok niej kurczak jest miejscem, gdzie kryje się prawdziwe okrucieństwo.
Sprawa sardynki
Sardynka musi nadrobić tę liczbę ofiar. Pojedynczy wół niesie białko wielu tysięcy sardynek, więc na surowych liczbach przegrywa, i to mocno. A i tak wygrywa, na czterech frontach.
Ledwie cierpi
Sardynki i sardele są mniej więcej tak proste, jak tylko kręgowiec może być.
Rozradzają się przez tarło rozproszone, wypuszczając ikrę do otwartej wody, bez wiązania się w pary i bez opieki nad potomstwem.
Są filtratorami, bez złożonego polowania i z ograniczonym uczeniem się czy nawigacją.
Ich układy nerwowe są małe.
Na skali, gdzie ludzka zdolność do cierpienia to jeden, najstaranniejsze próby zważenia sardynki lądują w okolicy 0,045, daleko poniżej krowy i ułamek prawie wszystkiego innego, co hodujemy. Tych kilka tysięcy ofiar na jedną nie mnoży się więc przez równego sobie. Każda śmierć sardynki niesie tylko mały wycinek ciężaru moralnego, który tkwi w krowie, a różnica szybko się zamyka, gdy przestaniesz liczyć ciała i zaczniesz liczyć zdolność do czucia, która w nich siedzi.
Jej śmierć w większości nie jest twoim dziełem
To jest część, która naprawdę o tym przesądza. Krowa na wołowinę zostaje powołana do istnienia, wychowana i zabita wyłącznie na twój rachunek; nic z tego nie dzieje się bez popytu. Dzika sardynka nie jest hodowana. Już istnieje i tak czy inaczej miała umrzeć, niemal na pewno paskudnie.
Sardynki składają od dziesiątek do setek tysięcy jaj, a mniej niż jedna na tysiąc dożywa dorosłości.
Te, którym się to udaje, w większości giną od drapieżników: gonione do wyczerpania, a potem połknięte żywcem i duszące się albo rozpuszczające w żołądku przez jakieś dwadzieścia minut.
Reszta odchodzi wolniej, z głodu albo choroby.
Na tym tle sieć zaciska się wokół ławicy nocą, kiedy ryby są spokojne, i wyciąga je przez godzinę czy dwie, gdzie giną od zgniecenia w połowie albo od spadającego tlenu. Naprawdę nie wiadomo, która śmierć jest gorsza, a ludzie, którzy przyjrzeli się temu najuważniej, z czasem stali się mniej pewni, nie bardziej. Ta niepewność jest tu sednem. W przypadku krowy całe życie i śmierć zostają dołożone światu. W przypadku sardynki twój popyt głównie zamienia jedną ciężką śmierć na drugą. Połów jest do tego ograniczony kwotą, więc zjedzenie ryby w dużej mierze odbiera ją mączce rybnej i karmie dla zwierząt, zamiast wyciągać z morza więcej.
Kosztuje resztę świata prawie nic
Wszystko, co nie jest samym zwierzęciem, też się liczy, a tu różnica jest ogromna.
Sardynki nie potrzebują ziemi, słodkiej wody ani paszy; siedzą na samym dole łańcucha pokarmowego i należą do białka o najniższym śladzie ze wszystkich.
Wołowina siedzi na przeciwnym krańcu pod względem ziemi, wody i gazów cieplarnianych na gram białka.
Ziemia, którą zabiera wołowina, to pojedynczy największy motor utraty siedlisk, a ta zabija znacznie więcej dzikich zwierząt niż jakiekolwiek rybołówstwo.
A alternatywa z czystymi rękami nie jest tak czysta, na jaką wygląda. Uprawa roślin zabija zwierzęta polne na pęczki: myszy, gnieżdżące się ptaki i niezliczone owady giną, żeby zebrać plon. Talerz roślin nie jest bezkrwawy, a większość uprawianych na Ziemi roślin i tak idzie na paszę dla zwierząt hodowlanych.
Karmi cię lepiej i taniej
Sardynka rozwiązuje też problem, przez który ludzie w ogóle rezygnują z dobrego jedzenia.
Jest gęsta w składniki najtrudniejsze do zdobycia gdziekolwiek indziej: długołańcuchowe omega-3, B12, żelazo hemowe, cynk, jod, wapń, witaminę D, cholinę oraz związki takie jak kreatyna i tauryna, których w roślinach prawie nie ma.
Będąc krótkowieczną i nisko w łańcuchu, niesie bardzo mało rtęci, a mikroplastik, który zjada, zostaje w jelicie, które się usuwa.
Jest tania, co jest swojego rodzaju etyką: pieniądze, które puszka ryb oszczędza na suplementach i białku z półki premium, mogą zrobić realne dobro tam, gdzie ono się liczy.
Dla większości ludzi uczciwą alternatywą dla wołowiny nie jest starannie zsuplementowany talerz roślin. To kurczak. Sardynka bije oba.
Uczciwe zważenie
Po drugiej stronie jest realna sprawa. Jeśli liczysz cierpienie w sumie, z każdą śmiercią w pełni przypisaną, krowa rzeczywiście wygrywa. Tysiące sardynek, nawet przy ułamku ciężaru moralnego każda, mogą zsumować się ponad jedno cielę, a to samo ważenie, które potępia kurczaka, stawia wołowinę jako umiarkowaną szkodę. Ktoś, kto odrzuca ramę kontrfaktyczną, kto trzyma się tego, że śmierć, którą sprawiasz, jest śmiercią, którą sprawiasz, niezależnie od tego, czy natura zrobiłaby to i tak, może wylądować na wołowinie i nie być głupcem. Przyzwoite życie wołu z pastwiska jest prawdziwe, a dzika sardynka nie ma nic podobnego. Niczego z tego nie zbywa się machnięciem ręki.
Werdykt
Ale rama kontrfaktyczna jest tą właściwą, bo jedyne, co twój wybór może zmienić, to różnica, którą robi. Na tej osi sardynka wygrywa, i to nie o włos:
ledwie potrafi cierpieć;
jej śmierć w większości zastępuje gorszą, którą i tak miała spotkać;
kosztuje żyjący świat prawie nic;
i karmi cię lepiej i taniej niż alternatywy.
Krowa dokłada całe stworzone życie i największy ślad w całym menu. Instynkt, że puszka małych srebrnych rybek to gorsza rzecz, a jedno duże spokojne zwierzę to czystszy wybór, ma arytmetykę na opak. Sardynki są bardziej etyczne niż wołowina. Uczciwy spór nie dotyczy tego, czy ryba mniej ci smakuje. Dotyczy tego, czy liczysz cierpienie, które sprawiasz, czy cierpienie, które faktycznie dokładasz.
Bardzo dobra lektura tutaj: https://forum.effectivealtruism.org/posts/MvXbFB2Hhgq46toye/a-vegan-case-for-eating-sardines-and-anchovies