Rzymski haruspik był urzędnikiem państwowym. Jego zadaniem było odczytywać wróżby z wnętrzności składanych w ofierze zwierząt i mówić senatowi, czego chcą bogowie. Kiedy znaki wypadały źle, senat nakazywał powtórzyć ofiarę. Powtarzano ją tak długo, aż bogowie powiedzieli to, co trzeba — co akurat zbiegało się z tym, czego chciał senat. Zanim Aleksander przeprawił się do Persji, wielokrotnie składał ofiary nad Hellespontem; relacje z jego wypraw są pełne kapłanów dociągających rytuał do chwili, gdy znaki zgodziły się z tym, co Aleksander i tak już postanowił zrobić. Greckie zapiski są pełne tego rodzaju zdarzeń, notowanych nawet nie z sarkazmem, lecz po prostu mimochodem. To nie był cynizm, lecz normalna relacja między religią a władzą polityczną w świecie starożytnym. Bogowie przemawiali w imieniu władców, bo to władcy kontrolowali kapłanów, którzy przemawiali w imieniu bogów.
Chrześcijaństwo zerwało z tym słowami: „Oddajcie cezarowi to, co cesarskie, a Bogu to, co Boskie" (Mt 22, 21). Dwa porządki, których nie wolno mieszać. Augustyn poświęcił większość swojego Państwa Bożego (413–426 n.e.) na uporządkowanie tego, co to znaczyło po upadku Rzymu: Państwo Boże i państwo ziemskie to nie to samo, nie da się ich utożsamić, a próba ich zlania w jedno rodzi coś gorszego dla obu. To było wtedy nowe — żaden rzymski haruspik ani grecki augur nie postawiłby tego tak wysoko. Chrześcijanie zapominają o tym w chwili, gdy władza staje się ofertą.
Rzecz nie w tym, przede wszystkim, że chrześcijańscy przywódcy bywali skorumpowani albo niewierni, choć wielu było i jest. Każda instytucja, która staje się drogą do władzy politycznej, przyciągnie ludzi, którzy chcą władzy politycznej. Ci ludzie nie są tam dla teologii, lecz dla drogi w górę, którą instytucja oferuje na drabinie władzy. Są cierpliwi i skuteczni, bo są zmotywowani, a tym, co ich motywuje, jest władza. Pną się wewnątrz instytucji, bo pięcie się wewnątrz instytucji jest sposobem, by zdobyć to, po co przyszli. Kiedy już się wespną, wynoszą ludzi podobnych do siebie. To nie teologia psuje politykę. To polityka psuje teologię, bo ludzie, którzy teraz wyznaczają program teologiczny, nigdy nie byli przede wszystkim teologami. Byli tam dla drabiny. Drabiną akurat okazał się Kościół.
Ten mechanizm nie wymaga złej woli od wszystkich, którzy biorą w nim udział. Uczestniczą w nim także wierzący w dobrej wierze. Prawdziwy chrześcijanin, który wierzy, że chrześcijańskie rządy przyniosłyby lepsze owoce, i tak — popierając polityczny projekt Kościoła — szerzej otwiera drzwi ludziom, którzy chcą władzy i nie mają żadnego interesu w tych owocach. Bodźce nie pytają o twoje intencje, zanim zaczną działać.
Historia pokazuje ten mechanizm w działaniu w niezależnych przypadkach, na kilku kontynentach, na przestrzeni piętnastu wieków. Konstantyn dał Kościołowi cesarską ochronę w 313 roku. W ciągu kilku dekad symonia stała się czymś powszechnym, biskupów mianowano za polityczną lojalność, a nie za zdolności duszpasterskie, a sobór nicejski zwołano z cesarzem na przewodniczącym, który miał wyraźne preferencje co do tego, czego wymaga zjednoczone cesarstwo chrześcijańskie. Kościół zyskał wszystko, czego — jak mu się zdawało — chciał. To, co nastąpiło potem, to wieki duchownych, którzy zawdzięczali swoje stanowiska politycznym patronom i odwdzięczali się odpowiednio. Kapłanów, którzy musieli dostosowywać swoją teologię i przesłanie do władcy, który ich mianował, i do jego potrzeb.
Na przykład spór o inwestyturę, trwający od 1076 do 1122 roku, był walką o to, kto ma prawo mianować biskupów. Cesarze rzymscy i papieże chcieli tego prawa, bo biskupi kontrolowali ziemię, wojska i polityczną lojalność całych regionów. Korupcja, którą gregoriańscy reformatorzy przez pokolenia próbowali naprawić — duchowni mianowani za polityczną służbę, a nie za powołanie duszpasterskie — była bezpośrednim skutkiem tego, że Kościół uczynił się niezbędny dla średniowiecznego rządzenia. Kościół wygrał w sporze o inwestyturę kilka bitew. Korupcja, którą próbował naprawić, była ceną, którą już zapłacił za władzę, którą już wziął.
W okresie renesansu mechanizm posunął się tak daleko, że kilku papieży rządziło włoskimi państwami-miastami jak świeccy książęta, dowodziło armiami, podpisywało sojusze wojskowe i płodziło dzieci, które obsadzało na korzystnych politycznie pozycjach. Aleksander VI i Juliusz II nie byli teologicznymi wypaczeniami, lecz tym, co instytucja wytwarzała, gdy droga przez nią prowadziła do świeckiej władzy. Kościół, który chciał wpływać na świat, stał się narzędziem, którym świat rządził sam sobą.
W Hiszpanii Franco, od 1939 roku, układ był jeszcze gorszy. Kościół dawał reżimowi religijną legitymację. Reżim dawał Kościołowi instytucjonalne przywileje, finansowanie z budżetu i kontrolę nad oświatą. Skandal niños robados (skradzionych dzieci), w którym zakonnice i księża przez dziesięciolecia uczestniczyli w odbieraniu noworodków rodzinom republikańskim i robotniczym, by oddać je lojalistom reżimu — według niektórych szacunków nawet 300 000 dzieci — nie jest odstępstwem od tego obrazu. On jest tym obrazem. Kiedy przetrwanie Kościoła zależy od przetrwania reżimu, Kościół robi to, czego reżim potrzebuje. Po Franco Hiszpania zsekularyzowała się w jednym z najszybszych temp w Europie. Sojusz nie obronił wiarygodności Kościoła. Roztrwonił ją, a rachunek przyszedł naraz — dziś Hiszpania ma jeden z najniższych w Europie wskaźników uczęszczania do kościoła.
Na tym tle pomyśl, co stało się w Polsce. Kościół katolicki pod władzą sowiecką był odrzucany, tłamszony i inwigilowany. Nie mógł uczynić się przydatny państwu, bo państwo chciało się go pozbyć. Zepchnięty do opozycji, stał się czymś innym: instytucją, której wiarygodność brała się właśnie stąd, że nie dał się kupić. Stał się moralnym kręgosłupem Solidarności — ruchu, który bardziej niż jakakolwiek inna pojedyncza siła przyczynił się do pokojowego końca sowieckiego komunizmu w Europie Wschodniej — i wydał Jana Pawła II. Polski Kościół miał własne grzechy. Bywał też nacjonalistyczny, a jego postawa wobec polskich Żydów przed wojną i w jej trakcie nie jest niczym, z czego ktokolwiek powinien być dumny. Ale nie stał się kapelanią państwa. Pozostał zdolny do instytucjonalnego sprzeciwu moralnego, kiedy to się liczyło. Rosyjska Cerkiew prawosławna, która przez sowieckie dekady dokonywała przeciwnych wyborów, do 2022 roku wtopiła się w państwo rosyjskie tak całkowicie, że patriarcha Cyryl stanął przed swoimi wiernymi i powiedział im, że śmierć na wojnie Putina w Ukrainie jest drogą do zbawienia.
Ten historyczny wzorzec nie należy do odległej przeszłości. Amerykański ruch ewangelikalny nie jest jeszcze u kresu tej drogi, ale jest na niej. Schemat jest już widoczny: religijną wiarygodność trwoni się na polityczne projekty, których żądania nie ustaną. Pogłębiająca się przepaść między przywództwem amerykańskich ewangelikałów a Kościołem globalnym to ten sam sygnał, który dały już historyczne przypadki. Kiedy potrzeby koalicji i integralność Kościoła zaczynają się rozchodzić, to integralność ustępuje.
Do wierzących wewnątrz tego projektu, którym zależy na wierze: powyższy argument nie jest liberalnym argumentem o rozdziale Kościoła od państwa. To argument wzięty z wnętrza historii chrześcijaństwa o tym, czym Kościół się staje, kiedy czyni z siebie drabinę. Kościół Konstantyna w ciągu jednego pokolenia stał się narzędziem polityki imperialnej. Biskupi Franco stali się współsprawcami kradzieży dzieci. Patriarcha Cyryl błogosławi wojny. To nie są przestrogi spoza chrześcijaństwa. To jest to, co wytworzyło chrześcijaństwo, kiedy sięgnęło po państwo — albo raczej to, co wytworzyło państwo, kiedy nauczyło się używać chrześcijaństwa.
Pytanie nie brzmi, czy zdobędziesz wpływy polityczne. Może zdobędziesz. Pytanie brzmi, co zostanie z tego, od czego zacząłeś, kiedy ludzie, którzy chcieli wpływów, już skończą.
Posługiwanie się przez Aleksandra rytuałem ofiarnym przed większymi starciami jest udokumentowane w Wyprawie Aleksandra Wielkiego Arriana oraz w Żywocie Aleksandra Plutarcha. Ofiara przy przeprawie przez Hellespont jest opisana u Arriana, w księdze I. Schemat wielokrotnego radzenia się wyroczni aż do uzyskania pomyślnych wróżb jest charakterystyczny dla greckiej praktyki wojennej w ogóle; zob. Walter Burkert, Greek Religion (1985), o roli wieszcza (mantisa) w kampaniach wojskowych.
Rola Konstantyna w Nicei (325 n.e.) jest udokumentowana w Życiu Konstantego Euzebiusza z Cezarei oraz w samych aktach soborowych. Jego upodobanie do jedności doktrynalnej było wprost polityczne: podzielony Kościół był problemem dla administracji cesarstwa. Standardowym współczesnym opracowaniem jest Henry Chadwick, The Early Church (1967). Twierdzenie, że cesarskie preferencje ukształtowały tempo i warunki rozstrzygnięcia, stoi na pewniejszym gruncie niż twierdzenie, że przesądziły o samym wyniku teologicznym; tekst posługuje się tą łagodniejszą wersją.
Skandal niños robados (skradzionych dzieci) został udokumentowany przez hiszpańskie sądy, dziennikarzy śledczych i dochodzenie ONZ z 2011 roku. Liczba 300 000 to szacunek najczęściej przytaczany przez organizacje broniące ofiar i część dziennikarstwa; przypadki potwierdzone sądownie stanowią ułamek tej liczby. Kluczowe źródła: reportaże śledcze „El País" (2011–2012); dokumenty śledztwa sądowego Baltasara Garzóna z 2008 roku.
Kazanie patriarchy Cyryla z 6 marca 2022 roku, wygłoszone w soborze Chrystusa Zbawiciela w Moskwie, głosiło, że śmierć w trakcie wypełniania obowiązku wojskowego stanowi ofiarę, która „zmywa wszystkie grzechy". Nagranie i zapis były szeroko relacjonowane; odnośny fragment przytoczyły i przetłumaczyły zarówno rosyjska służba BBC, jak i Reuters.