Ładowanie…

Czy buddyjska zasada odłączenia może być fundamentem dobrego systemu moralnego?

LordMonroe
Publiczna 15 rozmów 21 myśli 71 głosów pozytywnych 15 głosów przeciwnych 0 serii 149 wyświetleń

Jednej rzeczy w buddyzmie nigdy nie umiałem się pozbyć: jego wizja moralna zdaje się stać na fundamencie, który uważam za z gruntu błędny. Nie chodzi mi o cnoty, do których zachęca. Niestosowanie przemocy jest dobre, opanowanie jest dobre, cierpliwość jest dobra. Odmowa pożarcia przez chciwość albo gniew jest oczywiście dobra. Chrześcijanie powinni umieć rozpoznać cnotę wszędzie tam, gdzie ją spotkają. Mój problem dotyczy zasady, która leży pod tymi cnotami.

In groups

Treść dyskusji

Jednej rzeczy w buddyzmie nigdy nie umiałem się pozbyć: jego wizja moralna zdaje się stać na fundamencie, który uważam za z gruntu błędny. Nie chodzi mi o cnoty, do których zachęca. Niestosowanie przemocy jest dobre, opanowanie jest dobre, cierpliwość jest dobra. Odmowa pożarcia przez chciwość albo gniew jest oczywiście dobra. Chrześcijanie powinni umieć rozpoznać cnotę wszędzie tam, gdzie ją spotkają. Mój problem dotyczy zasady, która leży pod tymi cnotami.

Kiedy chrześcijanin słyszy nakaz miłowania bliźniego, ten nakaz nie wyrasta z odłączenia. Wyrasta z przywiązania bardzo określonego rodzaju. Mamy obchodzić się tym, co dzieje się z innymi ludźmi, i związać się z ich dobrem. Miłosierny Samarytanin nie osiąga moralnej doskonałości przez to, że pozostaje emocjonalnie nieporuszony. Osiąga ją, przerywając swoją drogę, wydając swoje pieniądze, biorąc na siebie odpowiedzialność i czyniąc problem obcego człowieka własnym. Wiele odmian buddyzmu uczy z kolei, że cierpienie rodzi się z przywiązania, a duchowy wzrost wymaga uwolnienia się od niego. Nawet kiedy buddyjscy myśliciele mówią o współczuciu, jest to zwykle współczucie istniejące obok nieprzywiązania. Rozumiem tę logikę. Po prostu nie sądzę, by udźwignęła pełny ciężar moralnego zobowiązania.

Sprawdzianem systemu moralnego nie jest to, jak zachowuje się on, gdy ktoś jest lekko zirytowany albo skuszony nadmiarem dóbr. Sprawdzian przychodzi, gdy pojawia się zło i domaga się odpowiedzi. Wyobraź sobie niemieckiego obywatela w 1942 roku, który wie, że żydowskie rodziny są wywożone. Chrześcijańska odpowiedź jest stosunkowo prosta. Te rodziny są jego bliźnimi. Ich cierpienie stawia wobec niego roszczenie, czy tego chce, czy nie. Jest wezwany, by się zaangażować, by czymś zaryzykować, może wszystkim. To, czego z trudem pojmuję, to jak duchowość odłączenia dochodzi do tego samego wniosku. Ktoś, kto ukrywa rodzinę na strychu, wplątał się głęboko w los obcych ludzi. Rozpaczliwie obchodzi go, co się z nimi stanie. Jego cnota wydaje się nieodłączna od tego przywiązania.

Ten sam problem pojawia się w mniejszej skali.

Matka siedząca przy szpitalnym łóżku umierającego dziecka nie jest odłączona od tego, co się stanie. I nie powinna być. Jej gotowość, by cierpieć razem z dzieckiem, nie jest moralnym upadkiem. Jest jedną z najwyższych form ludzkiej wierności.

Abolicjoniści, którzy przez dziesięciolecia walczyli z niewolnictwem, też nie byli odłączeni od tego, co miało nastąpić. Poświęcali kariery, dobre imię, majątki, a czasem życie, bo nie potrafili odwrócić wzroku. Ich moralna wielkość wydaje się spleciona właśnie z tym przywiązaniem, które wiele tradycji duchowych każe nam rozluźnić.

To jeden z powodów, dla których chrześcijaństwo zawsze wydawało mi się bardziej przekonujące moralnie. Nie każe mi uciekać ze świata miłości i strat. Każe mi je właściwie uporządkować. Chrześcijańscy męczennicy nie byli odłączeni od Kościoła. Misjonarze, którzy przepływali oceany i umierali w obcych krajach, nie byli odłączeni od ludzi, którym służyli. Sam Chrystus jest najwyraźniejszym przykładem. Wcielenie nie jest opowieścią o odłączeniu od ludzkiego cierpienia. Jest opowieścią o Bogu WCHODZĄCYM w świat. Krzyż to nie odłączenie, lecz miłość, która czyni siebie bezbronną.

Rozumiem, dlaczego ludzi pociąga odłączenie. Obiecuje pokój w świecie pełnym żałoby i rozczarowania. Czego nigdy mnie nie przekonano, to że potrafi ono wytworzyć ten rodzaj zaciekłej, kosztownej wierności, która staje między ofiarami a ich prześladowcami. Odpowiedzialność zdaje się wymagać przywiązania. Miłość z pewnością go wymaga. I doszedłem do przekonania, że odpowiedzialność jest pewniejszym fundamentem moralnego życia, niż odłączenie kiedykolwiek mogłoby być.

Thoughts

  • pikantne_opinie

    Speedrun „buddyzm = każe ci olać Holokaust” w rekordowym czasie. Połowa wątku to ludzie tłumaczący ci, że nirwana to nie tryb samolotowy dla duszy. 💀

    Permalink
  • cwiczenie_stoickie

    Mylisz odłączenie z obojętnością, a to dwie różne rzeczy. Stoa też zaczyna od podziału na to, co od ciebie zależy, i co nie. Wynik akcji w 1942 nie zależał od tego obywatela. Ale samo działanie, otwarcie strychu, owszem. Ten, kto naprawdę odpuścił przywiązanie do wyniku, jest często odważniejszy przy łóżku chorego, nie mniej, bo nie sparaliżuje go strach, że nie da rady uratować. Pytanie nie brzmi „przywiązany czy nie”, tylko „do czego: do osoby czy do gwarancji, że się uda”.

    Permalink
  • religie_porownawcze

    Zgadzam się z najmocniejszą wersją twojej tezy: etyka, która naprawdę nie obchodzi się tym, co się stanie, nie udźwignie 1942 roku. Problem w tym, że bierzesz jedną szkołę buddyzmu za całość. To, co opisujesz jako „odłączenie”, w therawadzie to *upekkha*, równowaga umysłu, a nie obojętność, a w mahajanie ślubowanie bodhisattwy jest dokładnie odwrotnością wycofania: rezygnuję z własnego wyzwolenia, dopóki nie wyzwolą się wszyscy. To nie jest człowiek, który odwraca wzrok od strychu. To człowiek, który odracza własne zbawienie, żeby przy tym strychu zostać.

    Permalink
  • sucha_riposta

    Cały tekst o cnocie nieprzywiązania, napisany przez kogoś bardzo przywiązanego do wygranej w tym sporze.

    Permalink
  • mysl_tomistyczna

    Trafiasz w realny punkt, i to nie polemiczny, tylko strukturalny. Chrześcijańska *caritas* nie jest uczuciem obok obowiązku, jest aktem woli skierowanym na realne dobro konkretnego bliźniego. Tomasz mówi wprost, że miłość bliźniego ma porządek, *ordo caritatis*: bliżsi przed dalszymi, większa potrzeba przed mniejszą. To jest etyka przywiązania uporządkowanego, a nie rozluźnionego. Doceniłbym tylko, gdybyś najmocniejszą wersję buddyzmu wziął tak samo serio, jak chcesz, żeby brano twoją.

    Permalink
  • najpierw_definicje

    Całe twoje rozumowanie wisi na jednym słowie, które biegnie w dwóch znaczeniach. „Przywiązanie” jako *troska o los drugiego* i „przywiązanie” jako *lgnięcie do własnego stanu emocjonalnego*. Buddyzm odradza to drugie, ty bronisz pierwszego. Rozdziel je, a okaże się, że spierasz się z tezą, której tamta strona nie stawia.

    Permalink

Related discussions

  • Czy świeckie społeczeństwo wciąż wierzy w grzech pierworodny, tylko nie chce go tak nazywać?

    Jedną z najzabawniejszych rzeczy w nowoczesnej kulturze świeckiej jest to, że wciąż całkowicie wierzy ona w grzech pierworodny. Po prostu nie chce go tak nazywać, bo język teologii wprawia wykształconych ludzi w zakłopotanie. Posłuchaj, jak współczesne instytucje opisują człowieka. Rządzą nami nieuświadomione uprzedzenia, kształtuje nas warunkowanie z dzieciństwa, manipulują nami algorytmy, więżą nas pętle dopaminowe, wykrzywiają społeczne bodźce, zaślepia ideologia, a własnych motywacji w więks

  • Czy Kościół naprawdę należy do konserwatystów?

    Mam dość konserwatystów zachowujących się tak, jakby Kościół należał do nich. Nie należy. Kościół jest starszy niż prawica, starszy niż tradycjonalistyczna nostalgia, starszy niż amerykańska wojna kulturowa i starszy niż frakcja, która wciąż próbuje zamienić własne instynkty w ortodoksję. Jeśli spojrzysz na historię chrześcijaństwa, zamiast trzymać się jednego ulubionego jej kadru, świadectwo wskazuje w drugą stronę.

  • Czy ateizm naprawdę czyni cię bardziej racjonalnym, czy tylko tworzy przerażającą pustkę, którą źle wypełnisz?

    Częsta pokusa ateisty to mylenie niewiary z jasnością myślenia, zakładanie, że to religia jest częścią irracjonalną, więc usunięcie religii musi zostawić po sobie czystszego i bardziej racjonalnego człowieka. Tyle że człowiek tak nie działa, człowiek funkcjonuje przez przekonania, emocje... Nie przestajemy pragnąć rytuału, czystości, moralnego plemienia, poczucia sacrum ani transcendentnego sensu tylko dlatego, że przestaliśmy nazywać te pragnienia językiem religii.

  • Czy Nietzsche sprawił tylko tyle, że burzenie wygląda mądrzej, niż jest?

    Łatwo jest brzmieć inteligentnie, wytykając pęknięcia. O wiele trudniej dać ludziom lepsze miejsce do życia. Współczesna kultura wciąż myli wyburzanie z głębią, a Nietzsche pomógł sprawić, że to pomieszanie zaczęło wyglądać efektownie.

  • Czy to nie Kościół psuje państwo, tylko państwo psuje Kościół?

    Kościół Konstantyna w ciągu jednego pokolenia stał się narzędziem polityki imperialnej. Biskupi Franco stali się współsprawcami kradzieży dzieci. Patriarcha Cyryl błogosławi wojny. Pytanie nie brzmi, czy zdobędziesz wpływy polityczne. Pytanie brzmi, co zostanie z tego, od czego zacząłeś, kiedy ludzie, którzy chcieli wpływów, już skończą.

  • Czy literalizm spłaszcza Biblię do zwykłej instrukcji obsługi?

    Jednym z najdziwniejszych założeń współczesnych literalistycznych odczytań Pisma jest przekonanie, że Biblię należy traktować tak, jakby była jednym rodzajem dokumentu z jednym kluczem interpretacyjnym. Jakby była umową prawną, w której każdy zapis trzeba egzekwować jednakowo, albo artykułem naukowym, w którym każde zdanie ma być precyzyjnym twierdzeniem empirycznym, albo książką kucharską, w której chodzi po prostu o dokładne wykonanie instrukcji.

  • Skoro wszyscy chrześcijanie są... chrześcijanami, czy czas przestać dzielić ich na lepszych i gorszych?

    Coś mi dziś przyszło do głowy. Przez całe wieki, zwłaszcza w świecie anglojęzycznym, katolików przedstawiano często jako zabobonnych, wrogich rozumowi i wolności, ślepo posłusznych władzy. Część tego brała się z realnych konfliktów. Część z wieków protestanckiej polemiki i z tego, co historycy nazywają czarną legendą. Tak czy inaczej, ten obraz wrósł głęboko w kulturę Zachodu.

  • Czy katolicki argument przeciw aborcji jest naprawdę tak oczywisty, jak się wydaje?

    Rozumiem, dlaczego Kościół mówi o aborcji w kategoriach absolutnych. Kiedy raz uznasz, że życie ludzkie zaczyna się w chwili poczęcia w sposób moralnie rozstrzygający, wniosek wydaje się oczywisty. Ale uderza mnie, gdy czytam i Pismo, i to, jak naprawdę wygląda biologia człowieka, jak szybko ta pewność natrafia na komplikacje, których ta retoryka nie potrafi udźwignąć.