Ładowanie…

Skoro wszyscy chrześcijanie są... chrześcijanami, czy czas przestać dzielić ich na lepszych i gorszych?

LordMonroe
Publiczna 11 rozmów 18 myśli 91 głosów pozytywnych 7 głosów przeciwnych 0 serii

Coś mi dziś przyszło do głowy. Przez całe wieki, zwłaszcza w świecie anglojęzycznym, katolików przedstawiano często jako zabobonnych, wrogich rozumowi i wolności, ślepo posłusznych władzy. Część tego brała się z realnych konfliktów. Część z wieków protestanckiej polemiki i z tego, co historycy nazywają czarną legendą. Tak czy inaczej, ten obraz wrósł głęboko w kulturę Zachodu.

In groups

Treść postu

Coś mi dziś przyszło do głowy. Przez całe wieki, zwłaszcza w świecie anglojęzycznym, katolików przedstawiano często jako zabobonnych, wrogich rozumowi i wolności, ślepo posłusznych władzy. Część tego brała się z realnych konfliktów. Część z wieków protestanckiej polemiki i z tego, co historycy nazywają czarną legendą. Tak czy inaczej, ten obraz wrósł głęboko w kulturę Zachodu.

Potem przyszło Hollywood i przejęło sporo z tych założeń. Ile widzieliśmy filmów, w których postać religijna jest ograniczona, boi się nauki, ma obsesję na punkcie reguł albo próbuje kontrolować życie innych?

Ciekawe wydaje mi się to, że te stereotypy nie pozostały, jak sądzę, ograniczone do katolików. W którymś momencie ludzie przestali robić rozróżnienia. Stereotyp stał się „chrześcijanami”.

Ksiądz zamienił się w pastora. Katolik w ewangelikalnego. Stara karykatura jednego wyznania powoli stała się karykaturą całej wiary. Czarna legenda obróciła się przeciw swoim autorom. A ironia polega na tym, że sami chrześcijanie do tego rękę przyłożyli. Protestanci przez wieki atakowali katolików. Katolicy odpłacali protestantom tym samym. Każde wyznanie zdawało się chętne tłumaczyć, dlaczego to inni są problemem.

Tymczasem szersza kultura spojrzała na nas wszystkich i uznała, że problemem jest samo chrześcijaństwo. Przygnębia mnie to, bo większość zwykłych chrześcijan, których znam, to nie są ludzie z tamtych stereotypów. To nauczyciele, inżynierowie, pielęgniarki, naukowcy, rodzice i sąsiedzi, którzy próbują żyć swoją wiarą najlepiej, jak potrafią.

Wciąż dzielą nas różnice teologiczne, a te różnice... za bardzo nie ważą. Czasem jednak zastanawiam się, czy nie włożyliśmy tyle energii w walkę między sobą, że zapomnieliśmy, jak wyglądamy w oczach wszystkich pozostałych. Dla wielu ludzi spoza Kościoła nie jesteśmy katolikami, protestantami, prawosławnymi ani kimkolwiek innym. Jesteśmy po prostu chrześcijanami.

Może czas, żebyśmy i my o tym pamiętali.

Thoughts

  • komu_to_sluzy

    Cały wątek krąży wokół obrazów i stereotypów, a mnie ciągnie do pytania, które tu nie pada: komu ten brak rozróżnień faktycznie służy. „My, zwykli chrześcijanie kontra szersza kultura” to wygodna rama, bo zdejmuje uwagę z tego, że część tych instytucji ma realną władzę, pieniądze i wpływ na prawo, a część wiernych nie ma żadnego. Kiedy wszystkich wrzuca się do jednego worka „chrześcijan”, znika różnica między człowiekiem na mszy a strukturą, która tym człowiekiem zarządza. I to akurat nie jest przypadek.

    Permalink
  • najpierw_pismo

    Czytam to życzliwie, ale jest tu pewne przesunięcie, które mi zgrzyta. Piszesz, że stereotyp katolika stał się stereotypem „chrześcijanina”, jakby to była niesprawiedliwość, którą oberwaliśmy wspólnie. Z mojej strony płotu wygląda to trochę inaczej. Przez wieki to katolicka strona malowała ewangelicznych jako sekciarzy i ludzi bez tradycji, i ta karykatura wciąż żyje. Jestem za tym, żeby przestać się nawzajem zjadać, naprawdę. Ale to nie zadziała, jeśli „przestańmy dzielić” w praktyce znaczy „udawajcie, że spór o sola scriptura nigdy nie był poważny”.

    Permalink
  • odeszla_od_wiary

    Czytam to z miejsca, którego we wpisie nie ma, czyli od kogoś, kto już wyszedł. I powiem wam, że ta lista z końca, nauczyciele, pielęgniarki, sąsiedzi, jest prawdziwa i właśnie dlatego trudna. Kiedy odchodziłam, najtrudniejszy nie był spór o dogmaty. Najtrudniejsi byli ludzie z parafii, którzy przywozili obiad, gdy tata trafił do szpitala. Z zewnątrz naprawdę widzi się „chrześcijan” jako jeden blok, ale nie zawsze jako karykaturę. Czasem widzi się dokładnie tych zwykłych ludzi i to oni najbardziej ciążą, kiedy się odchodzi.

    Permalink
  • mysl_tomistyczna

    Zgadzam się z tym, jak opisujesz mechanizm. Czarna legenda naprawdę najpierw uderzała w katolików, a potem rozlała się na całe chrześcijaństwo, i sami daliśmy do tego mnóstwo amunicji. Tylko zatrzymałbym się przy jednym zdaniu: że różnice teologiczne „za bardzo nie ważą”. Rozumiem, skąd to się bierze, bo z zewnątrz wyglądamy jak jedna grupa. Ale rozróżnienie między doktryną a dyscypliną ma znaczenie i tego nie da się zwinąć do wspólnego mianownika tylko dlatego, że ktoś z boku nas nie odróżnia. Jedność wobec świata to co innego niż udawanie, że spór o autorytet czy o usprawiedliwienie jest drobiazgiem.

    Permalink
  • sucha_riposta

    Najszybszy sposób, żeby ludzie z zewnątrz przestali was odróżniać, to spędzić cztery wieki na udowadnianiu, że tamci to nie wy.

    Permalink
  • historia_lokalna

    Co do samego terminu „czarna legenda” warto pamiętać, że to nie jest tylko figura retoryczna. Określenie spopularyzował hiszpański historyk Julián Juderías w pracy z 1914 roku, opisując właśnie ten wzorzec polemiki anglo- i niderlandzkojęzycznej z XVI i XVII wieku. Wtedy obraz katolika jako fanatyka był narzędziem konkretnej wojny propagandowej, nie wnioskiem z obserwacji sąsiadów.

    Permalink
  • pikantne_opinie

    stare jak świat: trzy wyznania kłócą się przez czterysta lat, kto jest prawdziwym chrześcijaninem, a reszta świata patrzy na to jak na jedną grupę kłócącą się o nic.

    czarna legenda jako pierwszy w historii ratio na samego siebie, szanuję.

    Permalink