Mam dość konserwatystów zachowujących się tak, jakby Kościół należał do nich. Mam dość tego tonu, tej pozy, założenia, że jeśli nie jesteś konserwatystą politycznie, to twoje chrześcijaństwo musi być miękkie, niepoważne, na kompromisie, a może nawet nie do końca prawdziwe. Liberalnych chrześcijan traktuje się jak tolerowanych lokatorów w domu, który konserwatyści wyobrażają sobie jako odziedziczony z urodzenia. Nie odziedziczyli go. Nie są domyślnym ustawieniem poważnej wiary. Są jedną frakcją wewnątrz Kościoła znacznie starszego, szerszego, dziwniejszego i bardziej żywego niż polityka, którą wciąż próbują na niego narzucić.
Najbardziej dręczy mnie to, że to roszczenie do własności opiera się na fałszywej pamięci. Trzyma się, bo ludzie mówią tak, jakby katolicka ciągłość oznaczała bezruch, bezruch konserwatywny. Mówią tak, jakby wierność oznaczała utrzymywanie każdej dyscypliny, stylu i instytucjonalnego nawyku możliwie jak najbliżej jednego ulubionego momentu z przeszłości. Ale tak Kościół nigdy nie żył. Celibat księży ma swoją historię. Sposób, w jaki Kościół zarządza małżeństwem, ma swoją historię. Język liturgii ma swoją historię. Relacja między lokalną praktyką a władzą centralną ma swoją historię. Wschód i Zachód w tych kwestiach nie mają nawet wspólnej historii. Kościół pozostaje sobą w czasie, ale nigdy nie robił tego przez zamrażanie każdej formy zewnętrznej.
Kiedy już to sobie przypomnisz, sporo konserwatywnej retoryki zaczyna wyglądać mniej na pobożność, a bardziej na historyczne oszustwo. Biorą jeden znajomy układ i przemycają go do kategorii rzeczy trwałych. A potem udają zaskoczonych, gdy ktoś ten trik zauważy. Poważne stanowisko konserwatywne nie może brzmieć, że nic się nie zmienia. Musi brzmieć, że pewne rzeczy są trwałe, a pewne nie, i że trudna robota polega na tym, by tę różnicę rozpoznać. Spory katolicki konserwatyzm tej roboty nie wykonuje. Po prostu myli emocjonalne przywiązanie z wiernością i nazywa to pomieszanie tradycją.
Trzeba spojrzeć na pierwotny Kościół.
Konserwatyści lubią odwoływać się do początków, ale początki pomagają im mniej, niż im się wydaje. Wczesne chrześcijaństwo nie weszło w świat starożytny jako uprzejmy strażnik pogańskiej hierarchii. Weszło z roszczeniami, które moralnie burzyły porządek. Ubogi się liczył. Wdowa się liczyła. Sierota się liczyła. Niechciane dziecko się liczyło. Niewolnik miał duszę, która stawała przed Bogiem z taką samą ostateczną powagą co pan. Okrucieństwo straciło swój blask. Sama historia przestała wyglądać aż tak bardzo jak niekończący się cykl, w którym silni dominują, a słabi to znoszą. Chrześcijaństwo nie tylko odziedziczyło cywilizację, ono ją w pewnych miejscach ulepszyło.
To nie znaczy, że pogańska cywilizacja była samą ciemnością ani że chrześcijanie naprawili wszystko z dnia na dzień. To znaczy coś prostszego i ważniejszego. Pierwotny Kościół nie był konserwatywny we współczesnym sensie zachowywania odziedziczonego porządku tylko dlatego, że został odziedziczony. Łamał rzeczy, przyniósł miecz. Podważał hierarchie statusu, stawiając ubogich na pierwszym miejscu, a bogatych na ostatnim. Wywierał moralną presję na praktyki, z którymi wcześniejsze kultury radziły sobie łatwiej. Więc kiedy słyszę, jak konserwatyści mówią, jakby naturalną rolą chrześcijaństwa było siedzieć cicho i z poważną miną błogosławić hierarchię, nie słyszę wierności początkom. Słyszę spłaszczanie początków.
Najgłupszy spór, o Sobór Watykański II
Ten sam problem widać w sporze o Sobór Watykański II. Konserwatyści wciąż mówią o soborze, jakby był kapitulacją wobec współczesnego liberalizmu i z jakiegoś powodu wybrali go na konkretne wydarzenie, wokół którego się jednoczą. Sobór opowiadał się za pełniejszym udziałem w liturgii, szerszym dostępem do Pisma, sięganiem do dawniejszych źródeł i traktowaniem współczesnego świata na tyle poważnie, by mówić do niego językiem, który ludzie naprawdę mogliby zrozumieć, nie rezygnując przy tym z doktryny. Więc kiedy konserwatyści mówią, jakby Sobór Watykański II był po prostu kapitulacją, nie stawiają dzielnie oporu liberalizmowi. Spłaszczają to, co Kościół sam o sobie mówi. Możesz uważać, że część tego, co po nim nastąpiło, była brzydka, spłaszczona, sentymentalna, źle nauczana albo źle wykonana. Sporo było. Ale te porażki nie wymazują tego, co sobór powiedział, że próbuje zrobić. No nie wiem, jakoś nie sądziłem, że Bóg zatrzyma się na łacinie i powie „Tak, to jest język, w którym chcę mszy. Idealnie”.
A Sobór Watykański II nie był pod tym względem czymś wyjątkowym. Historia katolicyzmu jest pełna sporów o to, czy dostosowanie to wierność, czy zdrada. Dlatego właśnie jezuici tu się liczą. Są jednym z najwyraźniejszych dowodów, że katolicyzm od dawna robił miejsce na dostosowanie, przekład, intelektualną ambicję i misyjną elastyczność, nie rozpływając się w otaczającej kulturze. Matteo Ricci, jezuita, nie pojechał do Chin, żeby eksportować zamrożoną europejską pozę. Żył jak Chińczyk. Roberto de Nobili nie pojechał do Indii, żeby dowieść, że katolicyzm nie jest w stanie nauczyć się nowego języka, kodu społecznego ani symbolicznego słownika. Historia jezuitów jest pełna napięć, ryzyka, przekraczania granic i sprzeciwu. Niech będzie. Tak samo jest z historią Kościoła w ogóle. Chodzi o to, że dostosowanie nie jest jakąś nowoczesną zarazą, która przyszła w latach sześćdziesiątych. Jest częścią świadectwa, którego konserwatyści rzekomo bronią.
Ten szerszy katolicki rozmach to dokładnie to, co dziś wydaje się skurczone w części amerykańskiego katolicyzmu. Sporo tego, co w Stanach Zjednoczonych uchodzi za twardą katolicką powagę, brzmi mniej jak katolicyzm, a bardziej jak ewangelikalny protestantyzm z kadzidłem. Nie chodzi mi o to, że katolicy nie powinni czytać Pisma, dbać o moralność czy stawiać oporu modnym bzdurom. Chodzi mi o coś bardziej konkretnego. Słychać nawyki czytania, argumentowania i prowadzenia wojny kulturowej, które wydają się zapożyczone z protestanckiego fundamentalizmu bardziej niż rodzime dla życia katolickiego: więcej dosłownego czytania Biblii, więcej nieufności wobec nauki akademickiej, więcej nieufności wobec nauk ścisłych, gdy zagrażają politycznej tożsamości, więcej instynktu narodowego i mniej powszechnego, więcej apetytu na traktowanie chrześcijaństwa jak cywilizacyjnego sportu drużynowego. Te nawyki niezgrabnie pasują do Kościoła, który ma być sakramentalny, interpretacyjny, historyczny i globalny.
To jeden z powodów, dla których ton polityczny robi się tak paskudny. Gdy poważna wiara zostaje przekodowana na wiarę konserwatywną, każdy liberalny chrześcijanin staje się intruzem, który musi się wytłumaczyć, zanim w ogóle zacznie mówić. Konserwatyści bez przerwy narzekają, że to liberałowie upolityczniają religię. Czasem rzeczywiście to robią. Ale konserwatyści robią to też, i często skuteczniej, bo ukrywają to w tonie ortodoksji, zamiast przybrać kształt jawnego odrzucenia. Biorą współczesny prawicowy temperament, wiązkę instynktów dotyczących narodu, rodziny, autorytetu, podejrzliwości i kulturowej walki, i wsuwają tę wiązkę w samo znaczenie powagi. A potem mówią tak, jakby każdy, kto się sprzeciwia, nie spierał się z nimi politycznie, ale odchodził od chrześcijaństwa.
Nie zamierzam udawać, że strona liberalna jest w każdym przypadku niewinna. Niektórzy liberalni chrześcijanie naprawdę zsuwają się od reformy ku mglistości. Niektórzy traktują trudną doktrynę jak problem wizerunkowy do ogarnięcia. Niektórzy rozpuszczają wiarę w tym, jaki akurat panuje nastrój moralny. Ten tekst nie dowodzi, że każdy liberalny instynkt jest bezpieczny. Dowodzi, że konserwatyści nie nabywają prawa własności z tego, że martwią się o te niebezpieczne. Nie mylą się, dostrzegając to zagrożenie. Mylą się, gdy zachowują się tak, jakby to zagrożenie dawało im prawo do kontrolowania, kto liczy się jako poważny wierzący.
I tę część chcę powiedzieć wprost. Liberalni chrześcijanie nie są gośćmi w Kościele. Nie potrzebujemy zgody konserwatystów, żeby liczyć się jako poważni wierzący. Kościół jest starszy niż prawica. Jest starszy niż amerykańskie ewangelikalne nawyki. Jest starszy niż tradycjonalistyczna nostalgia. Jest starszy niż frakcja, która wciąż próbuje zamienić własne instynkty w ortodoksję. Prawdziwa wierność to nie to samo co zamrożenie jednego momentu, jednego stylu, jednego politycznego temperamentu czy jednego frakcyjnego nastroju i nazwanie tego trwałym. Wierność to ciągłe uczenie się, raz po raz, co jest wieczne, a co nie. Konserwatyści nie mają prawa zacierać tej różnicy, a potem nazywać tego zatarcia powagą.
O moralnie burzącym porządek wpływie wczesnego chrześcijaństwa na świat starożytny zob. Larry Siedentop, Inventing the Individual, oraz Tom Holland, Dominion. Twierdzenie jest tu porównawcze i ograniczone. Nie chodzi o to, że pogańska cywilizacja nie miała żadnych dóbr moralnych ani że chrześcijaństwo naprawiło wszystko od razu. Chodzi o to, że chrześcijaństwo nadało nową moralną wagę poniżonym, niechcianym i powszechnej wartości dusz w sposób, który zmienił społeczną wyobraźnię świata śródziemnomorskiego.
Do istotnych dokumentów Soboru Watykańskiego II należą Sacrosanctum Concilium o liturgii, Dei Verbum o objawieniu i Piśmie, Lumen Gentium o Kościele oraz Gaudium et Spes o Kościele w świecie współczesnym. Chodzi w tekście o deklarowane cele soboru, a nie o całościową obronę każdego późniejszego wdrożenia.
Matteo Ricci w Chinach i Roberto de Nobili w Indiach pozostają standardowymi przykładami jezuickich strategii akomodacji i przekładu. Liczą się tu, bo pokazują, że dostosowanie i misyjna inteligencja nie są wynalazkami z czasów po latach sześćdziesiątych wewnątrz katolicyzmu.
Jest to po części twierdzenie interpretacyjne o amerykańskiej katolickiej subkulturze, a nie pojedynczy ustalony fakt empiryczny. Mocniejsza wersja wymagałaby więcej oparcia w źródłach z amerykańskiego religioznawstwa, zwłaszcza wokół dosłownego czytania Biblii, nacjonalizmu i zbieżności z wojną kulturową.