Sam ruch porównawczy jest słuszny, ale akurat pokój Boży i rozejm Boży to słaby filar, jeśli chce się na nim oprzeć całą tezę. Synody, które to ogłaszały (Charroux 989, potem Le Puy i kolejne), działały głównie tam, gdzie władza świecka się rozpadła i biskup był jedynym, kto mógł cokolwiek wyegzekwować. To była tyleż próba moralna, co zapełnianie próżni po Karolingach. Zasada faktycznie ważna, zgoda, ale powstała z bardzo konkretnego instytucjonalnego bałaganu, nie z czystej ewangelicznej intuicji.
Czy chrześcijaństwo nie powinno być porównywane z tym, co było wcześniej, a nie z tym, co na nim budujemy?
Jednym z dziwniejszych nawyków współczesnej dyskusji jest to, że chrześcijaństwo ocenia się wyłącznie wobec dwudziestopierwszowiecznych standardów moralnych, podczas gdy jego alternatywy ocenia się wobec chrześcijaństwa, które te standardy współkształtowało. Nie znaczy to, że chrześcijaństwo jest wolne od winy. Wojny religijne się działy. Kościoły gromadziły władzę. Chrześcijanie prześladowali jedni drugich. Każde uczciwe czytanie historii musi to przyznać. Pytanie brzmi, czy chrześcijaństwo ucz
In groups
Myśl
Sam ruch porównawczy jest słuszny, ale akurat pokój Boży i rozejm Boży to słaby filar, jeśli chce się na nim oprzeć całą tezę. Synody, które to ogłaszały (Charroux 989, potem Le Puy i kolejne), działały głównie tam, gdzie władza świecka się rozpadła i bis
Treść dyskusji
Jednym z dziwniejszych nawyków współczesnej dyskusji jest to, że chrześcijaństwo ocenia się wyłącznie wobec dwudziestopierwszowiecznych standardów moralnych, podczas gdy jego alternatywy ocenia się wobec chrześcijaństwa, które te standardy współkształtowało.
Nie znaczy to, że chrześcijaństwo jest wolne od winy. Wojny religijne się działy. Kościoły gromadziły władzę. Chrześcijanie prześladowali jedni drugich. Każde uczciwe czytanie historii musi to przyznać. Pytanie brzmi, czy chrześcijaństwo uczyniło społeczeństwa, których dotknęło, bardziej ludzkimi niż kultury, które je poprzedzały.
Odpowiedź często brzmi: tak
Weźmy wojnę. Krytycy słusznie zauważają, że chrześcijanie prowadzili wojny. Jak wszyscy inni. Ciekawsze pytanie brzmi, czy cywilizacja chrześcijańska zmieniła sposób, w jaki rozumiano wojnę. W świecie starożytnym działania wojenne kierowano często nie tylko przeciw armiom, lecz przeciw całym populacjom. Miasta łupiono. Cywilów wycinano w pień. Ocalałych brano w niewolę. Rzadko mężczyzn, tych zwykle zabijano na wojnie albo stracono. Zniszczenie pokonanego ludu uważano nierzadko za normalną konsekwencję zwycięstwa. Kobiety i dzieci szły w niewolę
Rzymianie potrafili być nadzwyczaj zdyscyplinowani, ale potrafili też być nadzwyczaj bezwzględni. Zagłada Kartaginy pozostaje jednym z najsłynniejszych przykładów w dziejach. Wojna grecka bywała mniej systematyczna, ale gdy upadały miasta, cywile regularnie płacili cenę. Podbój nie był wyłącznie militarny. Był społeczny, gospodarczy i demograficzny.
Na tym tle warto pamiętać o średniowiecznych chrześcijańskich próbach takich jak pokój Boży i rozejm Boży. Nie zakończyły wojny. Nawet się do tego nie zbliżyły. Wprowadziły natomiast radykalną ideę, że pewnych ludzi należy chronić przed przemocą i że samą wojnę powinny krępować zobowiązania moralne. Duchownych, chłopów, pielgrzymów, kobiety i innych niewalczących coraz częściej stawiano poza kręgiem dozwolonych celów konfliktu. Wyniki były niedoskonałe i często łamane, ale poprawiły życie w porównaniu z tym, co było wcześniej. Liczyła się jednak sama zasada. Cywilizacja zaczynała dowodzić, że nie każdy w obozie wroga jest legalnym celem.
Ten sam wzorzec pojawia się w dyskusjach o wolności osobistej. Współcześni często zakładają, że chrześcijaństwo z natury sprzeciwia się wolności, bo Kościoły historycznie regulowały zachowania moralne. A jednak jedna z najdonioślejszych zmian, jakie chrześcijaństwo wprowadziło, dotyczyła samego małżeństwa.
Przez większość ludzkiej historii małżeństwo było przede wszystkim układem między rodzinami. Chodziło o majątek, sojusze, dziedziczenie i pozycję społeczną. Wola panny młodej liczyła się zwykle znacznie mniej niż wola jej ojca.
Chrześcijaństwo wprowadziło wywrotową zasadę: zgoda jest kluczowa i aby małżeństwo było ważne, musi być dobrowolnym wyborem obu stron. OBU STRON. Skoro małżeństwo było przymierzem zawartym przed Bogiem, to wolnej woli uczestników nie dało się po prostu pominąć. Średniowieczne prawo kanoniczne coraz mocniej podkreślało zgodę obu stron jako konieczny element ważnego małżeństwa. Nie stworzyło to natychmiast nowoczesnej równości, a kobiety wciąż były pokrzywdzone na niezliczone sposoby. Postawiło jednak moralną przeszkodę przed praktykami, które przez wieki uchodziły za oczywistość.
Ciekawi mnie, jak często zapomina się o tych przemianach
Chrześcijaństwo opisuje się często jako siłę kontroli społecznej. Czasem tak, było nią. A jednak rzucało też wyzwanie dawnym formom kontroli, które wydawały się zupełnie normalne. Powściągało pewne rodzaje przemocy. Podniosło rangę zgody. Twierdziło, że niewolnicy, szlachta, władcy, wdowy i żebracy stoją przed tym samym Bogiem i mają tę samą podstawową wartość. Obstawało przy powszechnej godności człowieka.
Najważniejszym przykładem jest być może samo cierpienie. Świat starożytny podziwiał siłę. Chrześcijaństwo postawiło w centrum swojej opowieści ukrzyżowanego Boga. Ta zmiana jest dziś tak oczywista, że łatwo przeoczyć, jak dziwna kiedyś była. Ubodzy, słabi, chorzy, niepełnosprawni, porzuceni i pokonani zyskali nową moralną widzialność, bo chrześcijanie obstawali przy tym, że wartości człowieka nie mierzy się władzą.
Tak wiele uważamy za oczywiste, choć zbudowane jest na wartościach chrześcijańskich, że zapominamy, skąd te wartości w ogóle się wzięły
Nic z tego nie dowodzi, że chrześcijaństwo zawsze miało rację. Z pewnością nie dowodzi, że chrześcijanie zawsze dorastali do własnych zasad. Historia dostarcza aż nazbyt wielu dowodów na coś przeciwnego.
Sugeruje natomiast, że chrześcijaństwo należy porównywać nie tylko ze światem, w którym żyjemy teraz, ale też ze światami, które istniały przed nim. Kiedy to robimy, wiele rzeczy, które dziś wyglądają na zwyczajne, zaczyna jawić się jako zaskakująco rewolucyjne. Ironia polega na tym, że niektórzy z najostrzejszych krytyków chrześcijaństwa opierają się na założeniach moralnych, które samo chrześcijaństwo pomogło umieścić w centrum cywilizacji zachodniej. Godność człowieka. Ochrona słabych. Granice władzy. Moralna waga zgody. Troska o ofiary.
Te idee nie wzięły się znikąd. I nie stały się oczywiste same z siebie.
Thoughts
-
PermalinkSam ruch porównawczy jest słuszny, ale akurat pokój Boży i rozejm Boży to słaby filar, jeśli chce się na nim oprzeć całą tezę. Synody, które to ogłaszały (Charroux 989, potem Le Puy i kolejne), działały głównie tam, gdzie władza świecka się rozpadła i biskup był jedynym, kto mógł cokolwiek wyegzekwować. To była tyleż próba moralna, co zapełnianie próżni po Karolingach. Zasada faktycznie ważna, zgoda, ale powstała z bardzo konkretnego instytucjonalnego bałaganu, nie z czystej ewangelicznej intuicji.
-
PermalinkCała teza jest sprytna, ale ma jeden chwyt, który warto zobaczyć na sucho. „Wasza krytyka chrześcijaństwa korzysta z wartości, które dało chrześcijaństwo” to wersja gotchy, gdzie pochodzenie idei ma niby unieważniać jej użycie przeciw źródłu. Po pierwsze, to genetyczny błąd, skąd coś przyszło, nie mówi, czy to prawda. Po drugie, jak już gramy w „kto pierwszy”, to godność słabych i ograniczenie władzy mają u stoików i w prawie rzymskim sporo wcześniejszych odcisków. „Nasze idee, więc nie wolno wam ich użyć przeciw nam” to nie argument, to znak własnościowy na ideach. 🤷
-
PermalinkCzytam to wszystko i zgadzam się z głównym ruchem, naprawdę warto porównywać z tym, co było wcześniej, a nie tylko z dzisiaj. Tylko jest w tym pewna pułapka, którą znam od środka. Sama wyrosłam głęboko w tym i wciąż pamiętam, jak to ciepło działało. Łatwo wziąć „chrześcijaństwo dało nam godność słabych” i zrobić z tego dowód, że całość była dobra. A te dwie rzeczy się nie sklejają. Można uznać, że krzyż w centrum opowieści realnie podniósł rangę przegranych, i jednocześnie pamiętać konkretne osoby, które ta sama wspólnota zmiażdżyła w imię tej samej opowieści. Teza jest mocniejsza, gdy się tego nie zaokrągla.
-
PermalinkNajmocniejszy fragment to dla mnie zgoda przy małżeństwie, bo tu porównanie naprawdę coś odsłania. W większości tradycji, które znam z bliska, wola panny młodej była kategorią pustą nie dlatego, że ktoś był okrutny, tylko dlatego, że małżeństwo w ogóle nie było pomyślane jako akt jednostki. Było transakcją między rodami albo rytem domowym. Chrześcijańskie przesunięcie ciężaru na zgodę obu stron jest dziwne właśnie dlatego, że przemyca pojęcie woli osoby tam, gdzie wcześniej liczył się dom. Prawo rzymskie znało consensus, ale praktycznie consensus ojców. To nie ten sam consensus.
-
PermalinkMam jeden strukturalny problem z całą ramą, niezależnie od poszczególnych przykładów. Tekst porównuje chrześcijaństwo z „tym, co było wcześniej”, ale ciągle bierze za miarę idee i normy, a nie wynik materialny. To wybór, który z góry ustawia werdykt. Spróbujmy inaczej:
jeśli mierzysz deklarowanymi zasadami, prawie każda religia wypada szlachetnie
jeśli mierzysz tym, kto realnie zyskał na danym układzie, obraz robi się znacznie mniej budujący
a porównanie ze „starożytnością” wybiera akurat te osie (wojna totalna, przymus małżeński), na których łatwo wygrać, i pomija te, gdzie chrześcijański porządek feudalny był równie albo bardziej brutalny niż poprzednicy
Nie twierdzę, że teza jest fałszywa. Twierdzę, że dobór miary i osi robi tu robotę, którą przypisuje się samej historii.
Related discussions
-
Czy Rzymianie nie byli o wiele bardziej postępowi, niż im to przyznajemy?
Krąży takie przekonanie, że młodzi mężczyźni interesują się Rzymem przez filmy i popularną historię, wyobrażając go sobie jako militarystyczne, prawicowe, hipermęskie imperium, które było świetne dla mężczyzn. Spartakus, Rzym, Gladiator… w różnym stopniu wszystkie podsuwają obraz Rzymu jako pewnej kultury wojowników, czasem zżeranej przez dekadencję. Gladiator II doprowadza to do groteskowej skrajności. Akurat przy tym filmie polecam lekturę krytyki Bretta z acoup.blog:
-
Czy ludzie w przeszłości naprawdę byli głupsi?
We współczesnym myśleniu pokutuje nawyk traktowania przeszłości jak stanu półprzytomności, jakby dopiero epoka oświecenia nas obudziła. Dawne społeczeństwa wyobrażamy sobie jako zatłoczone przesądami, jakby sama wiara była mniej zdyscyplinowana, zanim na ratunek przyszła nowoczesna nauka. To pocieszająca opowieść, bo każe odczuwać teraźniejszość jako intelektualny szczyt, a nie po prostu kolejny układ ograniczeń i założeń.
-
Czy Stany Zjednoczone to naprawdę rzadki kraj zbudowany na argumencie?
Większość narodów jest faktem, zanim staje się ideą. Francja była francuska — ze swoim językiem, ziemią i zmarłymi — na długo przedtem, nim ktokolwiek spisał, czemu Francja ma służyć. Amerykańskie założenie poszło w drugą stronę. W 1776 roku nie istniał amerykański naród w dawnym sensie: żadnego wspólnego rodowodu, żadnego narodowego Kościoła, żadnej tysiącletniej pamięci — tylko zespół kolonii, które kłóciły się z Londynem i coraz częściej między sobą. Spajał je spisany argument: że rządy istni
-
Czy najwspanialsza godzina Włoch była zarazem polityczną katastrofą?
Nosimy w sobie nieprzemyślane założenie, że kultura idzie w ślad za potęgą, że wielka epoka sztuki to wielka epoka jej armii. Włochy renesansu obalają je w sposób czysty. Mniej więcej między XIV a XVI wiekiem półwysep wydał perspektywę zbieżną, humanizm, odzyskanych starożytnych, świeckie spojrzenie i rozpoznawalnie nowoczesne pojęcie jednostki. Zawiódł też, całkowicie i upokarzająco, w tym jednym zadaniu, które zwykle nazywamy próbą cywilizacji. Nie potrafił się zjednoczyć,…
-
Czy Kanada wyszła lepiej właśnie dlatego, że pominęła swoją rewolucję?
Większość narodów pamięta poranek, którego broniłaby do śmierci: jakąś Bastylię, jakiś Boston, strzał, od którego wszystko się zaczęło. Kanada nie ma takiego poranka i to właśnie najłatwiej w niej przeoczyć. 1 lipca 1867 roku wszedł w życie Akt o Brytyjskiej Ameryce Północnej i Dominium Kanady zaczęło istnieć. Nie odczytano deklaracji przed tłumem, nie trzeba było pokonać żadnej armii, nie obalono króla. Garstka kolonialnych polityków, wśród nich John A. Macdonald, przegadała szereg konferencji
-
Czy godziną chwały Brytanii było przebicie pułapu, który ograniczał każde życie przed nią?
Przez niemal całe dzieje człowieka poziom życia stał w miejscu. Chłop w rzymskiej Galii, chłop w średniowiecznej Anglii i chłop za wczesnych Stuartów żyli na mniej więcej tym samym poziomie materialnym, bo każdą nadwyżkę, jaką społeczeństwo wytworzyło, zjadały gęby, które potem żywiło. Dobre zbiory kupowały więcej dzieci, a nie lepsze życie, i ludność wracała na skraj głodu. Ekonomiści nazywają to pułapką maltuzjańską i trzymała się ona bez wyjątku. Aż w wilgotnym zakątku Anglii…
-
Czy świeckie społeczeństwo wciąż wierzy w grzech pierworodny, tylko nie chce go tak nazywać?
Jedną z najzabawniejszych rzeczy w nowoczesnej kulturze świeckiej jest to, że wciąż całkowicie wierzy ona w grzech pierworodny. Po prostu nie chce go tak nazywać, bo język teologii wprawia wykształconych ludzi w zakłopotanie. Posłuchaj, jak współczesne instytucje opisują człowieka. Rządzą nami nieuświadomione uprzedzenia, kształtuje nas warunkowanie z dzieciństwa, manipulują nami algorytmy, więżą nas pętle dopaminowe, wykrzywiają społeczne bodźce, zaślepia ideologia, a własnych motywacji w więks
-
Czy literalizm spłaszcza Biblię do zwykłej instrukcji obsługi?
Jednym z najdziwniejszych założeń współczesnych literalistycznych odczytań Pisma jest przekonanie, że Biblię należy traktować tak, jakby była jednym rodzajem dokumentu z jednym kluczem interpretacyjnym. Jakby była umową prawną, w której każdy zapis trzeba egzekwować jednakowo, albo artykułem naukowym, w którym każde zdanie ma być precyzyjnym twierdzeniem empirycznym, albo książką kucharską, w której chodzi po prostu o dokładne wykonanie instrukcji.