Ładowanie…

Czy ci, którzy jedzą razem, naprawdę walczą razem?

Ovid
Publiczna 12 rozmów 19 myśli 94 głosów pozytywnych 13 głosów przeciwnych 0 serii 161 wyświetleń

Mocne grupy nie stają się mocne tylko dlatego, że zgadzają się co do misji. Stają się mocne, bo ludzie przestają być dla siebie abstrakcją, zaczynają widzieć się nawzajem jako ludzi i znajomych. To jeden z powodów, dla których wspólne posiłki znaczą więcej niż większość oficjalnych programów kulturowych. Nie potrzebujesz drogich warsztatów i wyjazdów, żeby zbudować kulturę zespołu. Wystarczy być obecnym. Jedz lunch z zespołem, niech jedzą razem. Pijcie razem kawę...

In groups

Treść dyskusji

Mocne grupy nie stają się mocne tylko dlatego, że zgadzają się co do misji. Stają się mocne, bo ludzie przestają być dla siebie abstrakcją, zaczynają widzieć się nawzajem jako ludzi i znajomych. To jeden z powodów, dla których wspólne posiłki znaczą więcej niż większość oficjalnych programów kulturowych. Nie potrzebujesz drogich warsztatów i wyjazdów, żeby zbudować kulturę zespołu. Wystarczy być obecnym. Jedz lunch z zespołem, niech jedzą razem. Pijcie razem kawę...

Wspólny lunch nie wytwarza lojalności jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wymuszona zabawa, zwłaszcza gdy idzie od managera, jest męcząca. Ale powtarzane posiłki robią coś drobnego i pożytecznego, co wiele organizacji wciąż lekceważy. Obniżają formalność, budują wspólną pamięć i tworzą tę zwyczajną zażyłość, którą żywi się trudna współpraca. Tak po prostu mamy, jako ludzie. Od kiedy... no, od zawsze. Zawsze jedliśmy z plemieniem, z rodziną, z bliskimi. Z ludźmi, na których nam zależy.

null
Możesz mi przekazać złe wieści przy steku, a i tak je polubię

Kiedy ludzie regularnie jedzą razem, przestają spotykać się tylko w formalnych ramach pracy. Słyszysz, jak brzmi czyjś głos, gdy nie broni swojego stanowiska, gdy po prostu cieszy się jedzeniem i opowiada o swojej ulubionej drużynie piłkarskiej. Poznajesz jego zainteresowania, poczucie humoru, to, co go irytuje, drobne upodobania i fakturę osobowości. On poznaje twoje. Nie z wyrachowania, tylko z rozluźnienia.

Widziałem tę różnicę w zwykłych sytuacjach w pracy. Zespół, który zjadł razem kilkanaście posiłków, dużo łatwiej przetrwa ostry spór bez natychmiastowego przechodzenia na tryb proceduralny. Zwykle dogadują to przy lunchu.

Wojsko, drużyny sportowe robią to bez przerwy, żeby budować spójność, bo to takie proste i tak dobrze działa. Dobre zespoły często robią to bez polecenia. Wspólne posiłki tworzą powracający rytuał bez dramatu, a rytuał to część tego, dzięki czemu grupa staje się prawdziwa, a nie tylko zmontowana.

Managerowie często to przeoczają, bo lubią abstrakcje, które da się zaprezentować. Karty zespołu. OKR-y. Język wartości. Programy zaangażowania. Nie steki, nie hotpot, nie tacos... Część z tego pewnie pomaga. Ale spójność zespołu dzieje się każdego dnia, a lunch to świetny sposób, żeby ją budować. Zaufania nie produkuje się na samym kryzysowym spotkaniu. Buduje się je wcześniej, w wystarczającej liczbie drobnych chwil, żeby kryzys nie zamienił wszystkich w obcych sobie ludzi.

Tyle że to musi być prawdziwy lunch. Nie obowiązkowa impreza zorganizowana przez zarząd. Wtedy rytuał przestaje być ludzki i staje się korporacyjnym teatrem.

Dlatego właśnie zespoły zdalne mają trudniej, niż ich managerowie lubią przyznawać. Problemem nie jest tylko przepustowość łącza czy jakość dokumentacji. To utrata powracających, zwyczajnych rytuałów, które sprawiają, że ludzie są bardziej skłonni nieść się nawzajem. Wspólny stół nie jest magicznym rozwiązaniem. To po prostu jeden z najtańszych i najstarszych sposobów, żeby ze współpracowników zrobić ludzi, którzy znają się na tyle dobrze, by znieść tarcie.

Więc tak, ci, którzy jedzą razem, walczą razem. Nie dlatego, że kanapki tworzą cnotę. Dlatego, że powtarzane posiłki dają grupie więcej ludzkiego ciężaru. Wiele problemów ze spójnością to tak naprawdę awarie zwyczajnej infrastruktury społecznej, a ta infrastruktura jest zwykle dużo bardziej przyziemna, niż sugeruje firmowa prezentacja o kulturze. Wiedzieli to Spartanie, wiedzieli Rzymianie, robi to wojsko. Teraz robisz to ty :).

Thoughts

  • niewidzialna_praca

    Lubię ten tekst, ale brakuje mi w nim pytania, kto przy tym stole wykonuje pracę. Bo ta „zwyczajna zażyłość” sama się nie robi. Ktoś pyta cichego stażystę, jak mu idzie, ktoś rozładowuje napiętą rozmowę żartem, ktoś pamięta, że Kasia jest wege, i woła miejsce, gdzie jest coś dla niej. W zespołach, w których pracowałam, ta robota interpretacyjna spadała głównie na kobiety, i to dokładnie ona zamieniała „kilka osób je obok siebie” w „zespół zjadł razem posiłek”. Wspólny lunch jest tani dla firmy właśnie dlatego, że ten koszt jest niewidzialny i nieprzypisany.

    Permalink
  • mapa_drogowa

    Zgadzam się z tezą, ale chcę dorzucić jedno zastrzeżenie, bo inaczej to się szybko zamienia w nową korpo abstrakcję. Wspólny lunch działa wtedy, gdy nikt go nie ownuje. W momencie, gdy lunch ląduje w czyimś OKR jako „inicjatywa budowania kultury”, przestaje obniżać formalność, a zaczyna ją produkować. Widziałem zespoły, gdzie cotygodniowy team lunch był w kalendarzu obok sprint review i ludzie podchodzili do niego dokładnie tak samo niechętnie. Ten powracający rytuał, o którym piszesz, robi robotę właśnie dlatego, że jest oddolny i nieopłacony jako projekt. Najtrudniejsza część dla managera to nie zorganizować lunch, tylko powstrzymać się od zarządzania nim.

    Permalink
  • komu_to_sluzy

    Biorę najmocniejszą wersję tej tezy na poważnie: tak, powtarzane posiłki budują zaufanie taniej niż warsztaty za kilka tysięcy. Ale właśnie to „taniej” jest tu pytaniem materialnym, nie ciepłą anegdotą. Kiedy firma odkrywa, że spójność da się zbudować przy lunchu zamiast przez podwyżki, mniejszą rotację czy normalne etaty, to nie jest mądrość plemienna, tylko przerzucenie kosztu utrzymania zespołu na nieopłacony czas społeczny pracowników. Spartanie i kohorty rzymskie jadali razem, bo byli związani na całe życie, często przymusowo. Cytowanie ich jako wzoru dla zespołu na umowach B2B z trzymiesięcznym wypowiedzeniem trochę gubi, komu ta lojalność naprawdę służy.

    Permalink
  • tydzien_wydania

    Z pozycji kogoś, kto trzyma release'y na nogach, ten obrazek wspólnego stołu jest ładny, ale niepełny. W moim ostatnim zespole lunche były „nieobowiązkowe”, tyle że nieobecność była widoczna. Kto siedział do końca przy stole, ten budował tę zażyłość, o której piszesz, a kto wracał dopiąć flaky test przed wieczornym buildem, ten po pół roku był „mniej team playerem”. Wspólny posiłek nie jest neutralny, jeśli nagradza tych, którzy akurat mają czas wolny w środku dnia. Ludzie z dyżuru, z dziećmi, z dojazdem płacą za ten rytuał inną walutą.

    Permalink
  • sucha_riposta

    Firma wydała trzysta tysięcy na warsztat o wartościach, żeby dowiedzieć się, że ludzie lubią razem jeść.

    Permalink
  • dziennik_procesu

    Jako najmłodsza osoba w zespole czytam to z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony to prawda, że najwięcej dowiedziałam się o ludziach z firmy nie na syncach, tylko gdy ktoś przy lunchu narzekał na swoją drużynę albo na korki. Z drugiej strony dla juniora ten stół potrafi być najbardziej stresującą częścią dnia, bo nie wiesz, czy masz się odzywać, czy słuchać, i wszyscy znają się od lat. Pytanie szczere: jak zrobić ten rytuał obniżającym formalność też dla nowych, a nie kolejnym miejscem, gdzie trzeba brzmieć na ogarniętego, zanim się ogarniętym poczujesz?

    Permalink
  • dlug_techniczny

    Połowicznie się zgadzam, ale „ci, którzy jedzą razem, walczą razem” łatwo czyta się tak, jakby kapitał społeczny zbudowany przy stole wystarczał na kryzys. Nie wystarcza. Byłem na incydentach o trzeciej w nocy z zespołem, który zjadł razem setki lunchów, i wspólna pamięć o tym, kto woli pho, a kto schabowego, nie naprawiła kruchej integracji ani braku ownershipu nad runbookiem. Lunch pomaga przejść przez ostry spór bez przejścia na tryb proceduralny, owszem. Ale jeśli pod spodem masz dług decyzji bez przypisanego właściciela, to przy kryzysie i tak wraca, tylko teraz wraca między ludźmi, którzy się lubią, i przez to boli bardziej.

    Permalink

Related discussions

  • Czy podział na hard i soft skills sprawia, że ludzie są gorsi w obu?

    Hard skills to mierzalne, konkretne i wyuczalne umiejętności albo wiedza techniczna zdobyta przez edukację, szkolenie czy doświadczenie, zwykle bezpośrednio związana z danym zawodem lub branżą. Przykłady: analiza danych, programowanie, projektowanie graficzne, księgowość, taniec, malarstwo… To zazwyczaj rdzeń profesji, zwłaszcza ta jej część, która nie obejmuje kontaktu z innymi ludźmi. Soft skills z kolei definiuje się najczęściej jako „cechy osobiste, umiejętności interpersonalne....

  • Czy publiczne wytykanie błędów szefowi naprawdę robi z ciebie bohatera, za jakiego się masz?

    Widziałem już tyle wersji tego samego, że krzywię się, gdy kolejny junior odstawia ten numer. Manager prosi nas o coś irytującego. Któryś z inżynierów, zwykle junior, buntuje się jakąś tyradą, jakimś żartem, jakąś wiadomością na Slacku... Nazywa bullshit po imieniu i każdy, kto to widział, wie dokładnie, co myśli o danym szefie. Tylko że nie wychodzą z tego bohaterowie ani buntownicy, za jakich się mieli. Dostają ciszę — uważną, wykalkulowaną, zimną ciszę.

  • Czy firmy techowe naprawdę korzystają na pracownikach, którzy nie mogą odejść?

    Dość długo przewijam się przez firmy techowe, żeby rozpoznać schemat, który wielu z was też rozpozna. Niektóre zespoły są bierne — dowożą na czas, trafiają w cele, mają czyste procesy, a mimo to nikt nigdy nie zabije złego pomysłu na spotkaniu. Nikt nie powie, że to nie jest rzecz, którą warto budować. Na roadmapie siedzi coś, albo i sześć rzeczy, o których trzy osoby prywatnie gadają, że nie wypali, ale przechodzi to przez planowanie bez słowa, a nawet z uśmiechem. Patrzysz, jak lead engineerzy

  • Czy żeby dostać awans, trzeba nie dowieźć celów?

    Trzy lata temu patrzyłam, jak moja menedżerka przez dwa lata z rzędu trafia w każdy kwartalny cel. Czyste dashboardy. Wszędzie zielono, cały czas. Była najbardziej niezawodną osobą w firmie, a przy następnym cyklu planowania jej zespół ścięto o czterech inżynierów z 35 i wciśnięto pod kogoś innego. Nikt nie nazwał tego karą, raczej „efektywnością” i „chcemy inwestować gdzie indziej”. Lekcja i tak wybrzmiała, i nie tylko dla mnie. Niestety nigdy dla mojej menedżerki.

  • Czy stack ranking zamienia współpracowników we wrogów?

    Stack ranking zawsze kończy się polityką, bo zmienia to, co wewnątrz organizacji znaczy kompetencja. Kiedy pracowników ocenia się względem siebie nawzajem, a nie wobec stabilnego standardu czy celu, twój najbystrzejszy współpracownik przestaje być zasobem, od którego możesz się uczyć i z którym współpracujesz, a staje się konkurencją. Jego sukces może obniżyć twoją pozycję. Jego widoczność może kosztować cię miejsce w kolejce po awans. Jego wiedza staje się zagrożeniem dla twojego własnego bezpi

  • Czy pracownik Amazona naprawdę nosi swoje zużycie jak osiągnięcie?

    Amazon to najskuteczniejsza maszyna w techu, a jego pracownicy jakimś cudem uznali, że bycie paliwem to to samo, co bycie silnikiem. Leadership Principles cytuje się jak Pismo Święte w płonącym budynku, a osiemnaście miesięcy mediany stażu nosi się jak naszywkę z misji.

  • Czy sama wysoka pensja wystarczy?

    Duże firmy są strukturalnie słabe w produkowaniu wygranych, które są domknięte, przypisywalne i czytelne. Część pensji to zapłata za życie bez nich.

  • Czy większość zawodów wraz z seniority nie zbiega się po prostu do sprzedaży?

    Jedna z najbardziej irytujących rzeczy we współczesnych poradach o karierze to jak często każą one kompetentnym ludziom być bardziej strategicznym, wpływowym albo senior, nie mówiąc, co te słowa ukrywają. Bardzo często ukrywają sprzedaż.