Ładowanie…

Czy większość zawodów wraz z seniority nie zbiega się po prostu do sprzedaży?

senior_slacker
Publiczna 13 rozmów 21 myśli 94 głosów pozytywnych 9 głosów przeciwnych 0 serii 170 wyświetleń

Jedna z najbardziej irytujących rzeczy we współczesnych poradach o karierze to jak często każą one kompetentnym ludziom być bardziej strategicznym, wpływowym albo senior, nie mówiąc, co te słowa ukrywają. Bardzo często ukrywają sprzedaż.

In groups

Treść dyskusji

Jedna z najbardziej irytujących rzeczy we współczesnych poradach o karierze to jak często każą one kompetentnym ludziom być bardziej strategicznym, wpływowym albo senior, nie mówiąc, co te słowa ukrywają. Bardzo często ukrywają sprzedaż.

To słowo budzi w ludziach odruch obronny, bo słyszą w nim manipulację, tani teatr społeczny. Słyszysz sprzedaż i wyobrażasz sobie handlarza używanymi autami w krzykliwej marynarce i z fałszywym uśmiechem. Ale większość ról senior po części coraz bardziej zamienia się w sprzedaż. Sprzedaż w węższym i poważniejszym sensie: transfer zaufania. Praca zależy teraz od tego, czy skłonisz innych, żeby zaufali twojemu osądowi na tyle, by poprzeć plan, sfinansować priorytet, dołączyć do zespołu, zaakceptować kompromis albo ruszyć, zanim odpowiedź jest oczywista. Niekoniecznie sprzedajesz klientom, ale spędzasz czas, przekonując tego czy tamtego, żeby zrobił to, co chcesz. To jest sprzedaż. Pomysłów.

To właśnie zmienia się wraz z seniority. Na początku kariery większość wartości tkwi w bezpośrednim wykonaniu. Piszesz kod, budujesz model, robisz analizę, projektujesz daną rzecz. Gdy zakres się rozszerza, samo robienie rzeczy już nie wystarcza. Pracę trzeba zatwierdzić, obsadzić ludźmi, skoordynować, obronić, zgrać w czasie, wyjaśnić i utrzymać przy życiu mimo zastrzeżeń innych. Kto tego nie potrafi, trafia na sufit i potem zastanawia się, dlaczego doskonałość przestała procentować.

Dobry senior engineer pokazuje to konkretnie. Na poziomie junior może po prostu rozwiązać problem techniczny, który ma przed sobą. Na poziomie senior musi przekonać innych inżynierów, żeby nie budowali trzech niekompatybilnych wersji tej samej przyszłości, przekonać managerów, że jeden kompromis dotyczący niezawodności waży więcej niż krótkoterminowy feature, i przekonać sąsiednie zespoły, że ból zmiany teraz jest tańszy niż ból awarii później. Nie sprzedaje dlatego, że się zrobił fałszywy. Sprzedaje, bo praca zależy teraz od tego, czy inni kupią jego osąd.

Ten wzorzec pojawia się niemal wszędzie, gdy odpowiedzialność się poszerza; sprzedaż to po prostu przekonanie ludzi, żeby wydali zasoby (nie zawsze pieniądze) na kupno albo zrobienie czegoś. Managerowie sprzedają priorytety w górę, a kierunek w dół. Rekruterzy przenoszą zaufanie między ludźmi, którzy jeszcze sobie nie ufają. Founderzy sprzedają we wszystkie strony naraz. Nie chodzi o to, że każdy zawód staje się taki sam. Chodzi o to, że praca na poziomie senior coraz bardziej zależy od poruszania ludźmi, a nie tylko od uprawiania rzemiosła w izolacji.

Myślę, że wiele sufitów w karierze to sufity przekonywania przebrane za problemy z merytoryką. Technicznie mocna osoba często opowiada sobie pochlebną historię: wstrzymuje mnie to, że polityka jest fałszywa, a słabsi ludzie lepiej grają teatr. Czasem tak jest. Bardzo często to historia na pocieszenie. Praca się zmieniła, a oni nie. Wciąż chcą autorytetu seniority bez ciężaru noszenia w sobie cudzych umysłów.

Może słowo „sprzedaż” jest trochę prowokacyjne. Mimo to uważam, że zasługuje na swoje miejsce, bo zdziera sporo prestiżowego języka. Mówimy: wpływ, executive presence, stakeholder management, komunikacja strategiczna, kiedy często chodzi nam o coś prostszego: inni muszą kupić twój osąd, zanim praca ruszy.

Nie musisz ubierać się krzykliwie. Mówić fałszywie. Handlarze używanymi autami szczególnie dobrze niczego nie sprzedają; zwykle kupujesz, bo i tak chciałeś auto. Najlepsi sprzedawcy nawet nie sprawiają wrażenia, że cokolwiek sprzedają. Jeśli chcesz seniority, prosisz o pracę, która mniej zależy od twoich własnych rąk, a bardziej od umiejętności poruszania innymi bez okłamywania ich. Wiele karier w to się zamienia. Udawanie, że jest inaczej, nie powstrzyma tej zmiany. Zostawia cię tylko z treningiem do juniorskiej wersji twojego własnego zawodu.

Thoughts

  • wieczny_onboarding

    U mnie w korpo „sprzedaż osądu" wyglądała tak, że dyrektor wypuścił produkt w marcu, ubił go w listopadzie i dostał awans za jedno i drugie. Sprzedał osąd dwa razy, w przeciwnych kierunkach, w jednym roku obrachunkowym. Autor pisze, że na senior trzeba poruszać ludźmi. Mój dyrektor poruszył głównie samego siebie, w górę.

    Permalink
  • dlug_techniczny

    Mechanizm się zgadza, tylko nazwałbym go ostrożniej. To, co sprzedajesz na senior, to nie osąd jako taki, a gotowość wzięcia na siebie konsekwencji, kiedy osąd okaże się błędny. Przekonujesz sąsiedni zespół do migracji nie dlatego, że masz rację, a dlatego, że jak się posypie o drugiej w nocy, to ty będziesz pod telefonem, nie oni. Ludzie kupują osąd, za którym ktoś stoi własnym on-call. Reszta to slajdy.

    Permalink
  • biurko_na_wystawie

    „Executive presence", „stakeholder management", „komunikacja strategiczna". Cztery lata słuchałem tych słów w open space na Domaniewskiej i autor ma rację co do jednego: to opakowanie. Tylko nie na sprzedaż osądu. Na sześciostronicowy dokument, który napisałeś na spotkanie przeniesione na „async". Nikt nie czyta async. Sprzedałeś osąd sam sobie i nazwałeś to wpływem.

    Permalink
  • niewidzialna_praca

    Zgadzam się, że robota przesuwa się od rąk do poruszania ludźmi. Tylko ten „transfer zaufania" nie jest rozdany równo. W moich zespołach od części osób oczekuje się, że osąd kupi się sam, bo brzmi pewnie, a od części, że najpierw wygładzą pokój, zrobią pre-read za wszystkich i dopiero potem dostaną prawo do zdania. To też jest sprzedaż, tylko z dużo wyższym kosztem wejścia. Post pisze o niej tak, jakby koszt był dla wszystkich taki sam.

    Permalink
  • dlug_techniczny

    Jeden drobiazg do akapitu o handlarzach aut. Autor pisze, że najlepsi sprzedawcy nie sprawiają wrażenia, że cokolwiek sprzedają, i to prawda, ale ma drugie dno. W tech to samo bywa techniką: ktoś podaje swoją decyzję jako „oczywistą" albo „industry standard", żebyś nie zauważył, że właśnie ci ją sprzedaje. Najgładszy transfer zaufania to ten, którego nie widzisz, póki nie utrzymujesz tego w produkcji rok później.

    Permalink
  • mapa_drogowa

    Najmocniejsza wersja tego postu brzmi tak: na senior płacą ci za wchłanianie sprzeczności, których nikt nie chce nazwać. To kupują, kiedy „kupują twój osąd". Połowa stakeholder managementu to decyzja, które rozczarowanie powiesz na głos i kto poczuje, że to było uczciwe. Słowo „sprzedaż" pasuje, bo zdziera prestiż z executive presence. Tylko nie myl tego z charyzmą. To znoszenie ognia, nie świecenie na scenie.

    Permalink
  • tydzien_wydania

    Ładna teza, ale obok niej żyje druga, mniej budująca. Najlepiej „sprzedają osąd" zwykle ludzie, których osąd nikt potem nie weryfikuje. Ja trzymam release'y na nogach i powiem ci, że pilność sprzedaje się sama, a robota, która chroni przed wpadką, nie ma żadnego pitchu. Nie chodzi o to, że nie umiem przekonywać. Chodzi o to, że nie ma komu sprzedać czegoś, co działa po cichu.

    Permalink
  • jestem_exit_liquidity

    Cała ta dyskusja to inżynierowie odkrywający, że trzeba kogoś przekonać, żeby dał pieniądze. Witajcie. Ja napisałem listę płac, której nie umiałem pokryć, i jeden taki piątek nauczył mnie o sprzedaży osądu więcej niż dekada waszych komitetów kalibracyjnych. Wy to nazywacie „transfer zaufania". Ja to nazywam wtorkiem.

    Permalink

Related discussions

  • Czy sama wysoka pensja wystarczy?

    Duże firmy są strukturalnie słabe w produkowaniu wygranych, które są domknięte, przypisywalne i czytelne. Część pensji to zapłata za życie bez nich.

  • Czy żeby dostać awans, trzeba nie dowieźć celów?

    Trzy lata temu patrzyłam, jak moja menedżerka przez dwa lata z rzędu trafia w każdy kwartalny cel. Czyste dashboardy. Wszędzie zielono, cały czas. Była najbardziej niezawodną osobą w firmie, a przy następnym cyklu planowania jej zespół ścięto o czterech inżynierów z 35 i wciśnięto pod kogoś innego. Nikt nie nazwał tego karą, raczej „efektywnością” i „chcemy inwestować gdzie indziej”. Lekcja i tak wybrzmiała, i nie tylko dla mnie. Niestety nigdy dla mojej menedżerki.

  • Czy kiedy zrozumiesz korpo-bodźce, naprawdę przestajesz się frustrować?

    Gdzieś w twojej firmie istnieje status deck, którego nikt nie czyta. Aktualizowany co kilka tygodni, pokazany na spotkaniu i zapomniany. Twój manager też to wie. Sam robił takie same slajdy, gdy piął się w górę, i doskonale rozumie, jak mało zwykle się w nie wkłada. Korpobiurokrację zwykle tłumaczy się tym, że ktoś wyżej jest zagubiony albo oderwany od rzeczywistości. To pocieszające, ale przeważnie nieprawdziwe. Te artefakty przetrwały, bo wykonują pewną robotę — tylko nie tę, którą…

  • Czy Google płaci utalentowanym ludziom fortunę, żeby przestali używać talentu?

    Google zatrudnia najlepszych inżynierów na świecie, płaci im fortunę, otacza darmowym jedzeniem co trzydzieści metrów, a efektem jest człowiek, który od trzech lat nie wypuścił żadnego kodu, ale pisze design doc, nad którym można się popłakać. Lepiej płacić im za to, że są w Google, niż ryzykować, że ci wszyscy ludzie stworzą konkurencję...

  • Czy stack ranking zamienia współpracowników we wrogów?

    Stack ranking zawsze kończy się polityką, bo zmienia to, co wewnątrz organizacji znaczy kompetencja. Kiedy pracowników ocenia się względem siebie nawzajem, a nie wobec stabilnego standardu czy celu, twój najbystrzejszy współpracownik przestaje być zasobem, od którego możesz się uczyć i z którym współpracujesz, a staje się konkurencją. Jego sukces może obniżyć twoją pozycję. Jego widoczność może kosztować cię miejsce w kolejce po awans. Jego wiedza staje się zagrożeniem dla twojego własnego bezpi

  • Czy pracownik Amazona naprawdę nosi swoje zużycie jak osiągnięcie?

    Amazon to najskuteczniejsza maszyna w techu, a jego pracownicy jakimś cudem uznali, że bycie paliwem to to samo, co bycie silnikiem. Leadership Principles cytuje się jak Pismo Święte w płonącym budynku, a osiemnaście miesięcy mediany stażu nosi się jak naszywkę z misji.

  • Czy firmy techowe naprawdę korzystają na pracownikach, którzy nie mogą odejść?

    Dość długo przewijam się przez firmy techowe, żeby rozpoznać schemat, który wielu z was też rozpozna. Niektóre zespoły są bierne — dowożą na czas, trafiają w cele, mają czyste procesy, a mimo to nikt nigdy nie zabije złego pomysłu na spotkaniu. Nikt nie powie, że to nie jest rzecz, którą warto budować. Na roadmapie siedzi coś, albo i sześć rzeczy, o których trzy osoby prywatnie gadają, że nie wypali, ale przechodzi to przez planowanie bez słowa, a nawet z uśmiechem. Patrzysz, jak lead engineerzy

  • Czy inżynier z Mety poda ci comp, zanim w ogóle poda nazwę firmy?

    Meta wykupiła najlepszych inżynierów w branży najgrubszymi pakietami compu, jakie ktokolwiek widział, i dostała dokładnie to, za co zapłaciła: załogę dobrze opłaconych najemników, którzy nic nie czują do tego miejsca i na imprezie nie powiedzą jego nazwy na głos.