Ładowanie…

Czy sama wysoka pensja wystarczy?

senior_slacker
Publiczna 11 rozmów 18 myśli 75 głosów pozytywnych 12 głosów przeciwnych 0 serii 150 wyświetleń

Duże firmy są strukturalnie słabe w produkowaniu wygranych, które są domknięte, przypisywalne i czytelne. Część pensji to zapłata za życie bez nich.

In groups

Treść dyskusji

Widziałem, jak to się dzieje, na tyle razy, że schemat jest już oczywisty. Dwa lata w robocie, świetna pensja, benefity, impact na poziomie FAANG (maango, jak zwał, tak zwał). Robisz dobrą robotę i dostajesz podwyżki, ale coś nie gra. Jeszcze nie czujesz wypalenia. Ale kiedy próbujesz wskazać coś palcem i powiedzieć „to się stało dzięki mnie", nie masz na co wskazać. Kiedy widzisz rodzinę, znajomych i pytają, co właściwie robisz, odpowiedź jest mglista i tak naprawdę nie potrafisz tego wyjaśnić. Projekt miał osiemnastu interesariuszy. Decyzja przeszła przez cztery warstwy akceptacji, często w kółko, i Bóg jeden wie, kto dokładnie na nią wpłynął. Wynik siedzi na dashboardzie, który możesz odczytać, ale na który realnie nie wpływasz. Twój wkład pewnie jest prawdziwy, ale czy miał znaczenie i jak duże, tego nie sposób stwierdzić.

To uczucie to nie problem z osobowością, duże firmy sprawiają, że każdy czuje to samo. To nie tylko ty. Brakuje, przynajmniej tak bym to nazwał, gęstości wygranych. Częstego zaliczania sukcesów, które da się przypisać tobie. Wygrana to: 1) coś domkniętego, przypisywalnego i czytelnego; 2) ma koniec i coś dowiozłeś; 3) możesz to prześledzić wstecz do tego, co zrobiłeś. Możesz wskazać ślad, jaki to zostawiło. Duże firmy tłumią wszystkie trzy naraz. Praca rozciąga się na całe kwartały. Własność rozkłada się na tylu ludzi, że nikt nie widzi w niej własnego zarysu. Pętla feedbacku przychodzi późno, przefiltrowana przez dashboardy, warstwy i cykle review. Tak duże organizacje koordynują pracę na skalę.

W startupie układ jest odwrotny. Niższa pensja, wyższa gęstość wygranych. Codziennie coś dowozisz i to uzależnia. Problem w tym, że startupy często padają i kończysz z wypaleniem i niewielkimi oszczędnościami.

Zdrowie psychiczne

To, co niska gęstość wygranych robi z ludźmi, nie jest dramatyczne, nie sprawia, że trzaskasz drzwiami, najczęściej po prostu się przyzwyczajasz. Ale sprawia, że łakniesz tego, żeby coś dowieźć, coś nowego. Inżynierowie zaczynają przeinżynierowywać, bo wymyślone kamienie milowe są lepsze niż żadne. Jeśli praca nie da ci czystej linii mety, sam ją sobie wymyślasz: kolejny refactor, kolejny dokument re-architektury dla usługi, która działa bez zarzutu, projekt porządkowy, który istnieje głównie dlatego, że da się go domknąć, jakieś nowe rozwiązanie do testów... Inni po prostu siwieją i umierają w środku. Robią dokładnie to, co im każą. Wciąż się pojawiają. Wciąż wyglądają w porządku na status meetingach. Ale część pensji zaczyna być odczuwana jak zapłata za to, że nie dane ci jest zobaczyć, jak praca ląduje.

null
Czasem ma się wrażenie, że firma płaci ludziom tylko po to, żeby nie odeszli i nie dowieźli czegoś naprawdę gdzieś indziej...

To głównie biadolenie białych kołnierzyków. Mnóstwo ludzi ma niską płacę ORAZ niską gęstość wygranych. Ten tekst jest o białokołnierzykowej wersji tego układu. Tak, często mamy świetne pensje i świetną jakość życia. Ale spędzamy w pracy 8+ godzin dziennie, często więcej. I musimy to pogodzić z tym, jak działa nasz napęd i nasze głowy. Tak, praca jest komfortowa i często dobrze płatna. I tak, da się zrobić z białokołnierzykowej roboty coś bardzo przyjemnego. Chodzi mi o to, że do tego potrzebna jest gęstość wygranych. Potrzebujesz sukcesów, które są twoje, i to często, żeby czuć, że wygrywasz.

Do menedżerów

Dlatego ten problem dotyczy też menedżerów, nawet jeśli nie da się w pełni naprawić leżącego u podstaw problemu skali. Część pracy jest z natury wolna, nie wszystko da się dowieźć w tygodniowej pętli. Ale zespoły radzą sobie lepiej, kiedy praca się domyka, atrybucja jest realna i ludzie wciąż widzą, co ruszyło dzięki nim. Wciąż mogą czuć, że trzymali to od początku do końca i że dowieźli. Wyższa częstotliwość dowożenia często koreluje z lepszymi wynikami organizacji i silniejszym zaangażowaniem Praktyczny wniosek jest prostszy niż argument z badań: jeśli nikt nie potrafi powiedzieć, co się skończyło, kto to trzymał i co się zmieniło, ambicja zaczyna kisnąć i schodzić do utrzymaniówki.

Nie musisz płacić ludziom więcej, żeby byli szczęśliwsi (co ja właśnie napisałem???). Często wystarczy „zgamifikować" robotę. Dawaj swoim inżynierom zastrzyki dopaminy często i regularnie. Niektórzy wezmą ten układ świadomie. Sam brałem go świadomie. Ale najlepiej daj im też pieniądze.

  1. Literatura DORA State of DevOps konsekwentnie pokazuje, że wyższa częstotliwość deploymentów koreluje z silniejszymi wynikami organizacji i często z wyższym zaangażowaniem, choć kierunek przyczynowości pozostaje sporny.

Thoughts

  • jestem_exit_liquidity

    „Część pensji to zapłata za życie bez wygranych". Bracie, to nie pensja, to czynsz za stanie w dobrym świetle. Inżynier z big techu to roślina doniczkowa z RSU: podlewają cię co dwa tygodnie, cztery razy do roku ktoś sprawdza, czy żyjesz, a ty piszesz post o tym, że brakuje ci poczucia, że coś dowiozłeś. Ja kiedyś nie umiałem domknąć listy płac i jeden piątek nauczył mnie więcej o gęstości wygranych niż cała twoja drabinka kalibracyjna.

    Permalink
  • niewidzialna_praca

    Zgadzam się z mechanizmem, ale autor opisuje go tak, jakby brak atrybucji rozkładał się po równo. Nie rozkłada. We frontendzie ta sama dynamika jest, tylko że robota interpretacyjna, sklejanie mglistego scope'u w coś, co realny user przeżyje, z definicji nie ma czystego śladu. Łatwiej przypisać win komuś, kto dowiózł nowy serwis, niż komuś, kto przez kwartał gasił edge case'y, żeby ten serwis dało się w ogóle użyć. „Gęstość wygranych" jest dystrybuowana nierówno, zanim jeszcze firma zacznie cokolwiek psuć.

    Permalink
  • biurko_na_wystawie

    Najlepszy fragment to ten o sztucznych kamieniach milowych. Spędziłem weekend nad sześciostronicowym dokumentem re-architektury usługi, która działała bez zarzutu, z trzema załącznikami i fałszywym FAQ. Spotkanie przeszło na async. Nikt nie czyta async. Napisałem pamiętnik o usłudze, która nie potrzebowała terapii.

    Permalink
  • dziennik_procesu

    Jako stażystka product czytam to trochę z drugiej strony i mam pytanie, na które sama nie znam odpowiedzi. Skoro decki i review tak mocno działają jak zarządzanie emocjami liderów, to czy „gęstość wygranych" dla seniora nie jest po prostu tym samym mechanizmem co dla mnie, tyle że na wyższym poziomie? Ja łaknę domkniętego decka, bo to jedyny moment, w którym widzę, że coś skończyłam. Brzmi, jakbyśmy wymyślali sobie linie mety na każdym szczeblu.

    Permalink
  • mapa_drogowa

    Z perspektywy product ta diagnoza jest trafna, ale część „do menedżerów" jest za optymistyczna. „Atrybucja jest realna" brzmi jak coś, co manager może po prostu włączyć. Nie może, bo atrybucja to gra o sumie zerowej i ktoś zawsze traci.

    W praktyce to wygląda tak:

    • żeby jedna osoba dostała czysty win, trzeba odgrodzić jej scope od trzech innych zespołów

    • te trzy zespoły natychmiast czytają to jako utratę wpływu

    • więc domyślnie rozmywamy własność, bo to tańsze politycznie niż powiedzenie komuś na głos, że tym razem to nie jego projekt

    Gęstość wygranych jest droga nie finansowo, tylko właśnie tu.

    Permalink
  • dlug_techniczny

    Ta część o przeinżynierowywaniu trafia w punkt boleśniej, niż autor chyba zakłada. Połowa „dokumentów re-architektury usługi, która działa bez zarzutu" to nie ambicja techniczna, to ktoś, kto desperacko szuka domkniętej pętli, bo prawdziwa robota się nigdy nie zamyka. Widziałem migration plany, których nikt nikomu nie przydzielił, odpalane przez seniora tylko dlatego, że miały jasną linię mety. System był stabilny. Człowiek nie.

    Permalink
  • sucha_riposta

    Cały post to bardzo długie „chcę, żeby ktoś zauważył, że to ja". Domknięte, przypisywalne, czytelne.

    Permalink

Related discussions

  • Jak to możliwe, że Spotify wygrał całą wojnę o muzykę i wciąż nie umie na tym zarobić ani dolara?

    Spotify jest naprawdę dobry. Aplikacja jest świetna, discovery to inżynieria z najwyższej półki, a do tego wyciągnął przemysł muzyczny, doszczętnie ograbiony przez piractwo, z powrotem do roli biznesu, który płaci. Otwieram go czterdzieści razy dziennie. To wszystko nie jest żartem. Żartem jest to, że najbardziej dominujący produkt muzyczny, jaki kiedykolwiek zbudowano, wciąż nie potrafi stabilnie zarobić ani dolara, a wszyscy tam postanowili rozwiązać ten problem, stając się czymś innym niż fir

  • Czy przez AI da się jeszcze odróżnić świetnych inżynierów od tych, co robią tylko szum?

    Wciąż słyszę ten sam feedback w różnych odsłonach: „świetny velocity”, „uwielbiam ten throughput”, „fajnie ograłeś AI”. Z zewnątrz faktycznie wygląda to tak, jakby działo się więcej: więcej code review, więcej dotkniętych ticketów, więcej update'ów, maili, tasków, designów. Z AI łatwo utrzymać to tempo bez zwykłego tarcia, jakie daje pisanie, myślenie czy choćby zawahanie się. Ale w środku samej pracy narasta dylemat, który robi się coraz większy.

  • Czy menedżerowie, którzy wieszczyli, że AI zastąpi inżynierów, sami są zastępowani najszybciej?

    Rok temu mój feed na LinkedIn miał osobny gatunek. Program manager albo „delivery lead”, albo ktoś z Agile w nagłówku wrzucał screenshot, na którym AI pisze funkcję, dorzucał linijkę w stylu „a mówili, że ta robota jest pewna, wystarczy nauczyć się kodować” i zbierał czterysta lajków od ludzi, którzy robią dokładnie to samo. W domyśle zawsze było, że to klepanie kodu jest tą inżynierią — a skoro model już potrafi klepać, klasa klepiących się skończyła.

  • Czy Apple robi najlepszy telefon na świecie, czy jego pracownicy po prostu złożyli ślub milczenia?

    Apple robi najlepszy telefon na świecie. Chcę to mieć zaprotokołowane, zanim zacznę, bo wszystkiemu innemu, co zaraz powiem, zaprzeczą ludzie, którzy z mocy prawa nie mogą potwierdzić, jaki kolor ma ich budynek. Sprzęt jest naprawdę najlepszy w branży, wykonanie świetne, a sposób, w jaki zegarek, laptop, telefon i słuchawki dogadują się ze sobą, to coś, czego żadna inna firma nie powtórzyła dwa razy. Nic z tego nie jest kontrowersją, sam jestem fanem Apple'a, odkąd…

  • Czy to Chromebooki zostawiły gen Z bezradną w świecie techu?

    Modna panika mówi, że AI psuje ludziom myślenie. Może. Ale jeśli chcesz wiedzieć, czemu tylu młodszych pracowników sprawnie obsługuje apki, a przy komputerze się gubi, to AI nie jest pierwszym miejscem, gdzie należy szukać. Głębsze pęknięcie nastąpiło wcześniej, kiedy szkoły i instytucje uznały, że uczniowie mają używać zarządzanych sprzętów zamiast prawdziwych maszyn, tak jak robili to milenialsi.

  • Dlaczego nikt nie wybiera Oracle'a, a Oracle'owi to pasuje?

    Oracle to karaluch korporacyjnego techu: wszyscy go nienawidzą, wszyscy go używają, a obsługują go ludzie, którzy przestali udawać, że to coś fajnego, gdzieś za czasów Clintona. Produktem jest sposób sprzedaży, a baza danych to zakładnik.

  • Czy żeby dostać awans, trzeba nie dowieźć celów?

    Trzy lata temu patrzyłam, jak moja menedżerka przez dwa lata z rzędu trafia w każdy kwartalny cel. Czyste dashboardy. Wszędzie zielono, cały czas. Była najbardziej niezawodną osobą w firmie, a przy następnym cyklu planowania jej zespół ścięto o czterech inżynierów z 35 i wciśnięto pod kogoś innego. Nikt nie nazwał tego karą, raczej „efektywnością” i „chcemy inwestować gdzie indziej”. Lekcja i tak wybrzmiała, i nie tylko dla mnie. Niestety nigdy dla mojej menedżerki.

  • Czy większość zawodów wraz z seniority nie zbiega się po prostu do sprzedaży?

    Jedna z najbardziej irytujących rzeczy we współczesnych poradach o karierze to jak często każą one kompetentnym ludziom być bardziej strategicznym, wpływowym albo senior, nie mówiąc, co te słowa ukrywają. Bardzo często ukrywają sprzedaż.