Po dwudziestu paru latach pod sztangą dodam jedną rzecz, której w tym wieku, w którym ja jestem, nie da się oszukać: regeneracja sama staje się coraz droższym towarem. To, co odpuszczałem o jeden dzień za szybko po czterdziestce, mściło się tygodniami po pięćdziesiątce. „No days off” to slogan dla kogoś, kto jeszcze nie zapłacił rachunku za regenerację. Trening, który zostaje na dekady, to ten, który da się robić, a nie ten, który codziennie cię niszczy.
Czy „No days off” robi wrażenie tylko na pierwszy rzut oka?
„No days off” to jedno z tych haseł, które brzmią twardo dokładnie do momentu, aż zastanowisz się nad nim dłużej niż pięć sekund. Bo co właściwie mówi to zdanie? Jeśli naprawdę trenujesz ciężko, naprawdę ciężko, z intensywnością wystarczającą, by wymusić adaptację, twoje ciało upomni się o regenerację. Nie emocjonalnie. Biologicznie. Uszkodzenia tkanek, zmęczenie układu nerwowego, wyczerpanie glikogenu, reakcja zapalna. Cały sens ciężkiego treningu polega na tym, że ciało nie jest w stanie w peł
In groups
Myśl
Po dwudziestu paru latach pod sztangą dodam jedną rzecz, której w tym wieku, w którym ja jestem, nie da się oszukać: regeneracja sama staje się coraz droższym towarem. To, co odpuszczałem o jeden dzień za szybko po czterdziestce, mściło się tygodniami po
Treść postu
„No days off” to jedno z tych haseł, które brzmią twardo dokładnie do momentu, aż zastanowisz się nad nim dłużej niż pięć sekund. Bo co właściwie mówi to zdanie?
Jeśli naprawdę trenujesz ciężko, naprawdę ciężko, z intensywnością wystarczającą, by wymusić adaptację, twoje ciało upomni się o regenerację. Nie emocjonalnie. Biologicznie. Uszkodzenia tkanek, zmęczenie układu nerwowego, wyczerpanie glikogenu, reakcja zapalna. Cały sens ciężkiego treningu polega na tym, że ciało nie jest w stanie w pełni się utrzymać bez późniejszej odbudowy. Ta odbudowa to właśnie adaptacja. Więc kiedy ktoś z dumą mówi, że trenuje ciężko każdego dnia bez przerwy, zwykle są tylko dwie możliwości.
Albo to genetyczne wyjątki z wyjątkową regeneracją i starannie rozpisaną objętością. I sporą ilością sterydów. Albo, znacznie częściej, te treningi po prostu nie są aż tak ciężkie.
A ludzie nienawidzą tego słuchać, bo współczesna kultura fitnessu czci nabijanie aktywności. Ruszaj się codziennie. Katuj się codziennie. Pocij się codziennie. Trzymaj grind. Bądź aktywny. Utrzymaj streak. Oglądaj dalej moje treści na youtube w trakcie treningu...
Ciało reaguje na bodziec na tyle silny, żeby zaburzyć równowagę. Jeśli bodziec jest na tyle słaby, że możesz go od razu powtórzyć następnego dnia bez żadnego sensownego spadku jakości, jest spora szansa, że tak naprawdę w ogóle nie tworzysz większego bodźca. Wcale nie przesadziłeś z wysiłkiem...
Wielu ludzi myli wykończenie z treningiem.
Chodzą na siłownię codziennie, bo codzienna obecność daje poczucie dyscypliny. Daje poczucie męskości (albo kobiecości). Daje psychiczne ukojenie. Ale w połowie przypadków to po prostu seria sesji na średnim wysiłku poskładanych tak, żeby nikt nigdy nie musiał naprawdę zaangażować się w jeden brutalnie ciężki bodziec. I nic się nie zmienia. Bo prawdziwie ciężki trening jest ciężki psychicznie. Boli.
Ciężkie, głębokie powtórzenia bolą. Mocny sprint boli. Realne zbliżenie do upadku mięśniowego boli. Ruchy w pełnym zakresie pod obciążeniem bolą. A to, co przychodzi potem, boli szczególnie. Twoje ciało jest po wszystkim rozregulowane, bo zostało rozregulowane. To w zasadzie cała idea.
Nie masz po swoich najcięższych sesjach swobodnie wracać do formy z dnia na dzień, jakby nigdy nic. Sam fakt, że w ogóle rozważasz coś takiego, oznacza, że wyraźnie nie trenujesz wystarczająco ciężko.
Jeśli dziś potrafisz zajechać nogi, a jutro szczerze wykręcić tę samą jakość bez spadku, bez potrzeby regeneracji, bez ogólnoustrojowego zmęczenia, to albo twoja regeneracja jest nadludzka, albo wczoraj było dużo lżejsze, niż ci się wydaje. Przestań mówić „no days off” tylko dlatego, że brzmi to zaangażowanie.
Bodziec. Regeneracja. Adaptacja.
Bodziec. Regeneracja. Adaptacja. Bodziec. Regeneracja. Adaptacja. Bodziec. Regeneracja. Adaptacja....
Ten cykl to cała gra. Usuń regenerację, a bodziec w końcu stanie się szumem. Usuń wystarczający bodziec, a regeneracja przestaje mieć znaczenie, bo na początku i tak nie wydarzyło się nic istotnego. To właśnie różnica między trenowaniem a rozrywką w przebraniu fitnessu.
Thoughts
-
PermalinkJedna rzecz w tekście jest podana zbyt pewnie: wrzucenie sterydów obok „genetycznych wyjątków” jako głównego wyjaśnienia codziennej regeneracji. Sterydy realnie poprawiają recovery, to akurat ma mocne podstawy, ale dawkowanie objętości i ciężkości robi tu znacznie więcej niż większość ludzi zakłada. Zanim sięgniesz po wyjaśnienie „on bierze”, sprawdź najpierw, jak rozłożona jest jego intensywność. Effect size dobrego programowania jest większy, niż forum chce przyznać.
-
PermalinkPołowa tego tekstu jest prawdziwa pod sztangą i fałszywa poza nią. W kalistenice trenuję skill prawie codziennie i to nie jest „lekkie”. Front lever czy muscle-up to robota nad kontrolą, a nie nad zniszczeniem tkanki, i akurat tam częsta, niskozmęczeniowa praktyka jest tym, co buduje progres. Nie wszystko ma działać przez „rozregulowanie układu nerwowego”. Część postępu to po prostu powtarzalna ekspozycja na trudny wzorzec ruchu.
-
PermalinkU mnie w boxie „no days off” faktycznie istnieje, ale prawie nikt nie rozumie jak. Programowanie jest tak ułożone, że ciężki dzień nóg ciągnie potem dzień, który dla nóg jest praktycznie recovery, choć formalnie dalej przychodzisz. Wiem, że jako świeża konwertytka na crossfit jestem chodzącym memem 😅, ale to nie jest tak, że codziennie katujemy to samo na maxa. Timer popycha mnie tam, gdzie sama bym nie weszła, a głupie ego pcha do upadku częściej niż timer.
-
PermalinkTo samo widać na pomoście. Maks, którego nie powtórzysz w przyszłym tygodniu, był wyczynem, nie liczbą. Jak ktoś robi „heavy squat” codziennie, to nie squatuje ciężko, tylko robi siedem dni rozgrzewki pod rząd. Powyżej 85 procent technika i tak by mu się sypała, więc ciało samo go pilnuje, żeby tam nie wchodził. Streak nie jest dowodem intensywności, jest dowodem, że zostajesz w strefie, z której się da wracać na drugi dzień.
-
PermalinkPołowa „no days off” to ludzie, którzy chodzą codziennie, bo nie wytrzymują psychicznie dnia bez siłowni, nie dlatego, że ich plan tego wymaga. Mówię to z miłością, bo sam tak miałem na cucie, kiedy siłownia była jedynym miejscem, gdzie zapominałem, że jestem głodny i nieznośny. Trenowanie pod lustro to jedno, a chodzenie na siłownię jako terapia to drugie, i większość streaków to po cichu to drugie.
-
PermalinkStreak na siłowni to dziennik obecności, nie dziennik treningowy.
-
PermalinkZgadzam się z mechanizmem: bodziec, regeneracja, adaptacja, i bez regeneracji adaptacja nie domknie się. Ale przeciągasz część o bólu. „Boli” i „zepsuło się” to dwa różne słowa nie bez powodu. To, że masz DOMS po nogach, nie znaczy, że tamta sesja była ciężka, a brak DOMS nie znaczy, że była lekka. U mnie w gabinecie połowa roboty to odkręcanie ludziom przekonania, że dyskomfort to licznik intensywności. Recovery owszem, ale nie mierz go skalą cierpienia.
-
PermalinkPo dwudziestu paru latach pod sztangą dodam jedną rzecz, której w tym wieku, w którym ja jestem, nie da się oszukać: regeneracja sama staje się coraz droższym towarem. To, co odpuszczałem o jeden dzień za szybko po czterdziestce, mściło się tygodniami po pięćdziesiątce. „No days off” to slogan dla kogoś, kto jeszcze nie zapłacił rachunku za regenerację. Trening, który zostaje na dekady, to ten, który da się robić, a nie ten, który codziennie cię niszczy.