Twoja „kompetencja kliniczna” to dokładnie to samo pytanie, które zadaję sobie przy każdej puszce z półki suplementów: ile i z jakim dowodem, nie czy ufam temu, kto mi to wcisnął. Trening siłowy i sen mają za sobą tony danych, więc zostają. Surowe mleko ma za sobą realne ryzyko i zero korzyści, których nie da się odtworzyć ze zwykłego mleka, więc leci. Problem w tym, że większość ludzi nie rozdziela claimu od plemienia, bierze cały koszyk, bo pierwsze dwie rzeczy zadziałały. To samo widzę z preworkoutami: jedna realna substancja, czyli kofeina, plus dziesięć takich, których effect size znika, jak tylko spojrzysz na badanie zamiast na opakowanie.
Czy naprawdę powinieneś pić surowe mleko?
Uważam, że ktoś, kto dobrze śpi, regularnie trenuje siłowo, je przyzwoite jedzenie, wychodzi na zewnątrz i utrzymuje realne więzi społeczne, robi część z najlepiej udokumentowanych rzeczy, jakie są dostępne dla zdrowia w długim horyzoncie. Zauważyłem, że zaskakująco wielu ludzi nauczyło się tego od społeczności, które przy okazji wpychają surowe mleko, paranoję wokół olejów roślinnych i inne bzdury. Problem nie polega na tym, że medycyna się myli. Problem polega na tym, że medycyna zostawiła luk
In groups
Myśl
Twoja „kompetencja kliniczna” to dokładnie to samo pytanie, które zadaję sobie przy każdej puszce z półki suplementów: ile i z jakim dowodem, nie czy ufam temu, kto mi to wcisnął. Trening siłowy i sen mają za sobą tony danych, więc zostają. Surowe mleko m
Treść postu
Osoba, która robi dziś część z najlepiej udokumentowanych rzeczy dla zdrowia w długim horyzoncie, często nie stosuje się do zaleceń swojego lekarza. Regularnie trenuje siłowo, śpi według stałego rytmu, je głównie nieprzetworzone jedzenie, wychodzi na zewnątrz, ogarnia stres i pielęgnuje więzi społeczne. Nie wbrew zaleceniom, rzecz jasna, ale nieprowadzona przez lekarzy.
Dziwne jest to, przynajmniej dla mnie, że spora część tych ludzi wierzy też w rzeczy, które zupełnie się nie bronią: surowe mleko jako prozdrowotny wybór, panika wokół olejów roślinnych jako kompletna teoria wyjaśniająca wszystko, influencerska podejrzliwość wobec zwykłych zaleceń zdrowia publicznego, olejki eteryczne, dieta carnivore, detoks... Dobre rady i złe rady podróżują razem. I to mnie frustruje
Medycyna jest świetna. Serio
Współczesna medycyna nadal jest właściwą odpowiedzią, kiedy z twoim ciałem naprawdę dzieje się coś złego. Chcę to powiedzieć na wstępie, bo zbyt wiele rozmów na ten temat to zaciera, a nie chcę, żeby ktoś wziął mnie za kolejnego paleo-idiotę. Medycyna to instytucja, która zastąpiła zabobon teorią zarazków, zbudowała dyscypliny, dzięki którym da się przeżyć operację, ustandaryzowała higienę, zdławiła choroby zakaźne na skalę, do której żaden wcześniejszy system nawet się nie zbliżył, i każdego dnia trzyma ludzi przy życiu dzięki lekom, diagnostyce i opiece nagłej, która dla wcześniejszych stuleci wyglądałaby jak cud. Kiedy jesteś poważnie chory albo ciężko ranny, to właśnie współczesnej medycyny chcesz.
Problem nie polega na tym, że medycyna nic nie wie o profilaktyce. Problem, tak jak go widzę, polega na tym, że system nie jest zbudowany wokół tego, żeby ją dobrze dostarczać, ani żeby nagradzać swoich specjalistów za jej prowadzenie... Rozliczanie za usługę, krótkie wizyty u lekarza pierwszego kontaktu, kultura specjalistów i logika refundacji — wszystko to celuje w leczenie problemu, z którym pacjent przychodzi. Nie celuje w to, żeby poświęcać sensowny czas na rytm snu, dietę, nawyki ruchowe, obciążenie stresem i otoczenie społeczne, które kształtowały ten problem przez dziesięć lat. Mnóstwo lekarzy wie, że to się liczy. Struktura niemal nie daje im pola, żeby się tym zająć. Struktura produkuje to, czego wymaga bodziec.
Ta luka tworzy oczywistą niszę rynkową. Społeczności zbudowane wokół „pierwotnego" czy antynowoczesnego języka zdrowia trafiły na realny popyt, który medycyna obsługiwała po macoszemu. Zakopane w tych bzdurach znalazły prawdziwe profilaktyczne wygrane. Związek między treningiem siłowym a długofalowym stanem zdrowia to jedno z najmocniejszych, wciąż powracających ustaleń w literaturze o profilaktyce. Dyscyplina snu się liczy, czas na zewnątrz się liczy, jakość diety się liczy, więzi społeczne się liczą, ruch się liczy. Nie leczą raka, ale pomagają mu zapobiegać. Żaden z tych pomysłów nie jest z marginesu. Są po prostu niedodostarczone wewnątrz systemu klinicznego zbudowanego głównie po to, by leczyć, stabilizować i prowadzić.
Problem w tym, że te społeczności rzadko sprzedają te praktyki pojedynczo, sprzedają pakiet. Sensowne nawyki przychodzą owinięte w przekonania znaczące tożsamość, które pomagają wspólnocie odróżnić swoich od obcych. Surowe mleko to dobry przykład. W tamtym świecie staje się ono odznaką nieufności wobec instytucji, ekspertów i zwykłych reguł zdrowia publicznego, więc kończy się na ludziach, którzy piją surowe mleko i chorują, żeby coś udowodnić. Dlatego złe pomysły tak łatwo trwają obok dobrych. Wspólnota przekazuje przynależność w równym stopniu co praktykę.
I tu właśnie liczy się kompetencja kliniczna. Mówiąc prosto, chodzi mi o umiejętność zapytania przy każdej praktyce zdrowotnej „Jakie są dowody na tę konkretną rzecz?", a nie „Czy ufam plemieniu, które mi ją podało?". Jeśli masz tę umiejętność, możesz zostawić trening siłowy, dyscyplinę snu, słońce, czystsze jedzenie i uwagę dla stresu, a odrzucić surowe mleko i tę mechanistyczną internetową panikę. Jeśli jej nie masz, bierzesz cały pakiet, bo dobre części sprawiły, że złe poczuły się zasłużone.
Dlatego nie chcę szydzić z ludzi za ich nieracjonalność i nie chcę romantyzować sceny medycyny alternatywnej za to, że trafiła na kilka realnych profilaktycznych wygranych. Lepszą odpowiedzią jest przyznanie dwóch rzeczy naraz. Medycyna nadal jest instytucją o najwyższym zaufaniu, jeśli chodzi o leczenie, choć po prostu nie jest właściwie nastawiona na profilaktykę. Zostawiła też tyle niezaspokojonego popytu na profilaktykę, że nawiedzeni zdołali zbudować na nim rynek. Jeśli system nie nauczy ludzi, jak oddzielić dobrą praktykę profilaktyczną od złej mitologii wspólnotowej, zrobi to ktoś inny. Zwykle źle. Zwykle pojąc ludzi surowym mlekiem do choroby.
Praca Ignaza Semmelweisa nad higieną rąk, później potwierdzona przez teorię zarazków, pozostaje jednym z najwyraźniejszych przykładów na to, jak medycyna w końcu uczy się poprawnej praktyki i ją standaryzuje, choć wcześniej napotyka opór instytucji.
Literatura o treningu siłowym zawiera mocne, powracające związki z lepszym długofalowym stanem zdrowia, w tym z niższą śmiertelnością ogólną w badaniach obserwacyjnych.
Thoughts
-
PermalinkNajmocniejsza linijka twojego tekstu to ta o pytaniu „jaki jest dowód na tę konkretną rzecz”, a nie „czy ufam plemieniu”. To w praktyce pytanie, kto dźwiga ciężar dowodu. Surowe mleko go nie dźwiga: korzyść hipotetyczna, ryzyko udokumentowane. Panika wokół olejów roślinnych ma jeszcze ładniejszą wadę, jest praktycznie niefalsyfikowalna, bo za każdym razem, gdy badanie jej nie potwierdza, pojawia się nowa wymówka o „przemysłowym przetwarzaniu” albo „seed oil lobby”. Hipoteza, która przeżywa wyłącznie przez dorzucanie wyjątków, dawno przestała być hipotezą. Trening siłowy ten test przechodzi, bo zmieniłbym o nim zdanie, gdyby dane poszły w drugą stronę, a one konsekwentnie nie idą.
-
Permalinksurowe mleko to jedyny supplement, który ma side effect w postaci salmonelli i pozytywną opinię na grupie na fb
ludzie wymyślili pasteryzację, a potem dwieście lat później wymyślili, że to spisek 💀
-
PermalinkTwoja „kompetencja kliniczna” to dokładnie to samo pytanie, które zadaję sobie przy każdej puszce z półki suplementów: ile i z jakim dowodem, nie czy ufam temu, kto mi to wcisnął. Trening siłowy i sen mają za sobą tony danych, więc zostają. Surowe mleko ma za sobą realne ryzyko i zero korzyści, których nie da się odtworzyć ze zwykłego mleka, więc leci. Problem w tym, że większość ludzi nie rozdziela claimu od plemienia, bierze cały koszyk, bo pierwsze dwie rzeczy zadziałały. To samo widzę z preworkoutami: jedna realna substancja, czyli kofeina, plus dziesięć takich, których effect size znika, jak tylko spojrzysz na badanie zamiast na opakowanie.
-
PermalinkPrzeżyłem już kilka wersji tej samej sceny. W latach dziewięćdziesiątych to były batony białkowe i jajka na surowo z kubka, bo Rocky. Potem niska tłuszcz, potem niskie węgle, potem paleo, teraz carnivore i to mleko prosto od krowy. Za każdym razem był jeden prawdziwy kawałek, który zostawiałem, i cały garnitur bzdur, który wyrzucałem. Twoja teza o pakiecie jest celna, tylko ja bym dodał, że to nie nowość, że dobra rada zawsze przychodziła zapakowana w jakąś tożsamość. Stary kumpel z osiedlowej siłowni do dziś nie tknie oleju roślinnego, ale przysiada od dwudziestu pięciu lat i będzie sprawny w wieku 70, więc ja patrzę, co ktoś robi przez dekady, nie w co wierzy w danym sezonie.
-
PermalinkZgadzam się z diagnozą luki, ale dodałabym, skąd ona naprawdę bierze się w gabinecie. Nie chodzi o to, że lekarze nie wiedzą o profilaktyce, tylko o czas i o to, za co system płaci.
piętnaście minut wizyty nie wystarczy, żeby rozplątać dekadę nawyków snu, ruchu i stresu
refundacja nagradza procedurę i lek, nie rozmowę o tym, jak ktoś ma zacząć się ruszać
pacjent wychodzi z receptą, bo to jest produkt, który system umie wydać
Codziennie pracuję z ludźmi, których ktoś przestraszył opisem rezonansu albo internetową paniką, a potem przychodzą do mnie, bo nikt nie miał dziesięciu minut, żeby wytłumaczyć im load management. Tę próżnię ktoś musi wypełnić, i masz rację, że wypełnia ją zwykle sprzedawca, nie klinicysta.
-
PermalinkDobrze, że sięgnąłeś po Semmelweisa w przypisie, bo to akurat mocniejszy przykład, niż go użyłeś. On nie miał teorii zarazków, miał dane: na oddziale prowadzonym przez lekarzy, którzy szli prosto z sekcji zwłok do porodówki, śmiertelność na gorączkę połogową sięgała kilkunastu procent, a po wprowadzeniu mycia rąk w roztworze chloru spadła do około jednego. I właśnie dlatego go wyśmiano, bo nie umiał wyjaśnić mechanizmu, a establishment medyczny lat czterdziestych XIX wieku wolał obrazić się na sugestię, że to ich ręce zabijają. To nie jest historia „medycyna kontra zabobon”, tylko medycyna kontra własna instytucjonalna duma. Pasuje to do twojej tezy lepiej, niż myślisz: dobra praktyka profilaktyczna potrafi czekać dekady, zanim system ją wpuści.
-
PermalinkBiorę twoją ramę „luka rynkowa” na poważnie, bo jest trafna, ale zatrzymuje się w pół kroku. Mówisz, że medycyna zostawiła niezaspokojony popyt i ktoś go obsłużył. Pytanie materialne brzmi: kto konkretnie na tym zarabia i czemu akurat surowe mleko, a nie po prostu „chodź więcej i śpij”. Bo darmowy spacer nie ma marży. Suplement, kurs, prywatny panel badań i butelka niepasteryzowanego mleka po potrójnej cenie mają. Ten „antynowoczesny” język zdrowia to nie tylko tożsamość, to model biznesowy, w którym nieufność do instytucji jest produktem, bo klient, który nie ufa NFZ ani lekarzowi, kupuje u ciebie. Twoja kompetencja kliniczna jest potrzebna, ale sama nie ruszy struktury, która opłaca ludzi za to, żeby tej kompetencji nie mieli.