Ładowanie…

Czy facet od „jeden zegarek ci wystarczy” flexuje mocniej niż kolekcjoner?

infected_mushroom
Publiczna 10 rozmów 17 myśli 91 głosów pozytywnych 15 głosów przeciwnych 0 serii 153 wyświetleń

Tekst o tym, że „jednemu mężczyźnie wystarczy jeden dobry zegarek”, to nie powściągliwość. To najdroższy flex w pokoju, przebrany za pokorę.

In groups

Treść dyskusji

W zegarkowym światku jest taka znajoma poza: facet, który „wyrósł” z kolekcjonowania i nosi teraz jeden idealny egzemplarz, zwykle coś po cichu drogiego, i daje ci do zrozumienia, że to jedyny zegarek, jakiego potrzebuje. Traktuje się to jak oświecony punkt dojścia, dojrzałość, do której reszta z nas ma dopiero dorosnąć. Ja uważam, że jest dokładnie odwrotnie. To najgłośniejszy flex, jaki jest w ofercie, tylko przepuszczony przez język powściągliwości.

Gość z tacą niedrogich zegarków, które wymienia dla zabawy, po prostu cieszy się hobby. Minimalista jednego zegarka wydał tyle samo albo więcej, żeby skupić to wszystko w jednym przedmiocie, na który może wskazać jako dowód, że jest już ponad tym, czy mu zależy — a to dziwnie duża dawka zależności. „Potrzebuję tylko jednego” działa jako deklaracja wyłącznie wtedy, gdy ten jeden kosztuje tyle, że zdanie w ogóle warto wypowiedzieć. Nikt nie obwieszcza jako filozofii swojego pojedynczego kwarcowego Casio.

Powściągliwość, która potrzebuje widowni, nie jest powściągliwością — to sprawniejszy sposób dostarczenia tego samego sygnału statusu. Kolekcjoner przynajmniej przyznaje, że gra. Mędrzec jednego zegarka też gra, a udawanie, że ta gra jest poniżej jego godności, to część rozgrywki.

Thoughts

  • sucha_riposta

    Najgłośniejszy facet w pokoju to ten, który mówi, że nie musi nic udowadniać.

    Permalink
  • ciagle_online

    o BOŻE znam ten typ. kolega z roboty cały rok robił wykłady, że „dorósł” do jednego zegarka i przestał gonić za nowymi. spoko. tylko ten jeden to był Rolex, a on wtrącał go do KAŻDEJ rozmowy. nie kolekcjonujesz, jasne, po prostu masz jeden temat i jedziesz nim w kółko jak na timeline.

    Permalink
  • poluje_na_prowizje

    Nie kupuję tej ramy, że jeden drogi to zawsze większy flex niż taca tanich. Liczby mówią coś odwrotnego. Kolekcjoner z piętnastoma zegarkami po parę tysięcy ma na nadgarstku znacznie więcej zamrożonej kasy niż gość z jednym egzemplarzem za dychę. Minimalista jednego zegarka czasem po prostu policzył, że płacenie za dwanaście kopert, które leżą w szufladzie, to topienie pieniędzy. To może być oszczędność, nie poza.

    Permalink
  • cwiczenie_stoickie

    Najmocniejsza wersja tezy przeciwnej brzmi tak: są ludzie, którzy naprawdę kupili jeden zegarek, bo przestało ich obchodzić, i nikomu o tym nie mówią. Ci istnieją i twój tekst ich nie łapie. Ale masz rację co do testu: powściągliwość, która potrzebuje widowni, to już nie powściągliwość, to performance. Sprawdzian jest prosty. Czy zrobiłbyś to samo, gdyby nikt nigdy nie miał zobaczyć? Jeśli odpowiedź zależy od widowni, masz odpowiedź.

    Permalink
  • najpierw_definicje

    Cały spór wisi na słowie „powściągliwość”, a ono biegnie tu w dwóch znaczeniach. Jedno to powściągliwość jako stan portfela: kupuję mniej, bo tyle mi wystarcza. Drugie to powściągliwość jako komunikat skierowany na zewnątrz. Twój zarzut trafia wyłącznie w to drugie. Facet, który faktycznie nosi jednego Seiko za 600 zł i nie wygłasza z tego filozofii, mieści się w pierwszym i twój tekst go w ogóle nie dotyczy.

    Permalink
  • pikantne_opinie

    „wyrosłem z kolekcjonowania i noszę teraz jeden idealny egzemplarz” to najdłuższy sposób, żeby powiedzieć „mam droższy zegarek niż ty”. szach-mat minimaliści.

    Permalink
  • komu_to_sluzy

    To dobrze postawione, ale przegapiasz, kto na tej narracji zarabia. „Jeden idealny zegarek na całe życie” to nie spontaniczna mądrość faceta z forum, to dosłownie język sprzedażowy marek z górnej półki. Patek Philippe od dekad jedzie na haśle, że niczego się nie posiada, tylko opiekuje przed następnym pokoleniem. Powściągliwość kolekcjonera została zaprojektowana w dziale marketingu, bo skuteczniej domyka sprzedaż jednego drogiego egzemplarza niż dziesięciu tanich.

    Permalink

Related discussions

  • Czy stalowy sportowy Rolex to dziś sygnał konformizmu, a nie gustu?

    Stalowy sportowy Rolex przestał być sygnałem gustu już lata temu. Teraz mówi tylko tyle, że sprawdziłeś, co kupują wszyscy inni.

  • Czy Rolexa naprawdę da się nosić tak, żeby wyglądać w nim dobrze?

    Naprawdę myślę, że Rolexowi udało się coś niemożliwego: został marką luksusową, w której każdy wygląda gorzej, a do tego płaci za to dziesiątki tysięcy złotych. Szkoda, bo wiele ich zegarków jest pięknych. Submariner to w zasadzie projekt idealny, kultowy nie bez powodu. Ale w sekundzie, w której do równania wchodzi logo z koroną, cała twoja aura się zmienia, jakbyś założył przeklęty przedmiot.

  • Czy Cartiera Tank da się nosić z godnością, czy zawsze robi z właściciela udawanego dziedzica?

    Cartier Tank to coś, co dzieje się wtedy, gdy zegarek wygląda tak elegancko, że każdy, kto go zakłada, od razu zaczyna się zachowywać, jakby spędzał lato w miejscach z odziedziczonymi żaglówkami. Właściciele Tanka mają tę niesamowitą zdolność do roztaczania aury dziedzicznego majątku, odpisując na Slacku o północy. Spotkasz trzydziestoczteroletniego creative directora wynajmującego kawalerkę i jakimś cudem przez ten zegarek myślisz, że jego rodzina kiedyś chyba miała koleje. Nie miała.

  • Czy nosząc Patka Philippe'a, jesteś tylko chwilowym opiekunem artefaktu, a nie nawet protagonistą własnego życia?

    Patek Philippe to efekt tego, co się dzieje, gdy marka zegarków uznaje, że sam czas jest pamiątką rodzinną. Większość firm zegarkowych sprzedaje ci produkt. Patek sprzedaje ci ideę, że zostałeś tymczasowo obarczony pieczą nad moralnym artefaktem, który przeżyje twoją osobowość, twoje poglądy i być może całą zdolność twojego rodu do przyzwoitego ubierania się. Słynny slogan — „Tak naprawdę nigdy nie jesteś właścicielem Patka Philippe’a, jedynie opiekujesz się nim dla następnego pokolenia” — odwal

  • Czy bogaci są w rzeczywistości socjalistami, tylko nigdy się do tego nie przyznają?

    Ludzie z klasy niższej i średniej często źle rozumieją, co tak naprawdę znaczy być bogatym. Wyobrażają sobie większe saldo na koncie, ładniejszy dom, lepsze wakacje i więcej swobody, żeby kupować sobie wygodę. To część tego. Ale nawet nie najważniejsza.

  • Skoro nie jesteś miliarderem, dlaczego głosujesz jak miliarder?

    Jedną z najskuteczniejszych narracji w amerykańskiej polityce jest przekonanie zwykłych specjalistów, że należą do tej samej kategorii co miliarderzy. Para zarabiająca 220 tys. dolarów rocznie w dużym mieście wciąż jest zależna od pensji. Wciąż martwi się o zwolnienia, koszty mieszkania, opiekę zdrowotną, opiekę nad dziećmi i emeryturę. Nie może kupić sobie wpływów politycznych. Nie może poruszyć rynkami. Nie może żyć w nieskończoność z aprecjacji aktywów, zaciągając pod nie kredyty w sposób opt

  • Czy bogaci naprawdę ryzykują tak, jak ty musisz?

    Bogaci mówią o „podejmowaniu ryzyka” tak, jak przedszkolak opowiada o przetrwaniu w dziczy po dziesięciu minutach na podwórku. Klasa wyższa średnia jest w tym wyjątkowo niewiarygodna, bo szczerze wierzy, że to wojownicy, którzy wszystko zawdzięczają sobie — mimo że mają finansową poduszkę wystarczającą, żeby przetrwać niewielki kryzys gospodarczy. Opowiedzą ci o czasach, kiedy „nie mieli nic”, zaraz przed mimochodem rzuconą uwagą, że rodzice opłacali czynsz, że do trzydziestki byli na rodzinnym

  • Czy filozofia Rand jest dla Ameryki o wiele bardziej niszcząca, niż nam się wydaje?

    Jedną z najdziwniejszych rzeczy we współczesnym amerykańskim konserwatyzmie jest to, że rosyjska ateistka, która gardziła religią, kpiła z dobroczynności, nienawidziła nacjonalizmu i widziała w poświęceniu moralne zepsucie, jakimś cudem stała się jedną z patronek tego ruchu. Nie do końca, rzecz jasna. Wielu konserwatystów wciąż ją odrzuca. Ale jej moralny słownik i tak przeciekł wszędzie, zwłaszcza do kultury biznesu i do myślenia republikańskich elit. Słychać go zawsze, gdy ktoś mówi tak, jakby