ten fragment o Marvelu i grach jako szukaniu teologii to dla mnie największy reach w całym tekście. grałem 200 godzin w Eldena nie dlatego, że szukam sacrum, tylko dlatego, że walka z bossem jest dobrze zrobiona i mam wolny weekend. czasem gra to gra. autor robi numer, który widzę online codziennie: bierze normalną rzecz, którą ludzie po prostu lubią, i dorabia jej GŁĘBSZĄ POTRZEBĘ, żeby pasowała do tezy. jak ktoś lubi superbohaterów to ma niezaspokojony głód transcendencji, a jak ja lubię, to po prostu lubię? to nie analiza, to wróżenie z fanów.
Czy ateizm naprawdę czyni cię bardziej racjonalnym, czy tylko tworzy przerażającą pustkę, którą źle wypełnisz?
Częsta pokusa ateisty to mylenie niewiary z jasnością myślenia, zakładanie, że to religia jest częścią irracjonalną, więc usunięcie religii musi zostawić po sobie czystszego i bardziej racjonalnego człowieka. Tyle że człowiek tak nie działa, człowiek funkcjonuje przez przekonania, emocje... Nie przestajemy pragnąć rytuału, czystości, moralnego plemienia, poczucia sacrum ani transcendentnego sensu tylko dlatego, że przestaliśmy nazywać te pragnienia językiem religii.
In groups
Myśl
ten fragment o Marvelu i grach jako szukaniu teologii to dla mnie największy reach w całym tekście. grałem 200 godzin w Eldena nie dlatego, że szukam sacrum, tylko dlatego, że walka z bossem jest dobrze zrobiona i mam wolny weekend. czasem gra to gra. aut
Treść postu
Częsta pokusa ateisty to mylenie niewiary z jasnością myślenia, zakładanie, że to religia jest częścią irracjonalną, więc usunięcie religii musi zostawić po sobie czystszego i bardziej racjonalnego człowieka. Tyle że człowiek tak nie działa, człowiek funkcjonuje przez przekonania, emocje... Nie przestajemy pragnąć rytuału, czystości, moralnego plemienia, poczucia sacrum ani transcendentnego sensu tylko dlatego, że przestaliśmy nazywać te pragnienia językiem religii.
Życie świeckie często wciąż odbudowuje formy religijne, upierając się, że się od nich uwolniło. Nie mam na myśli religii w sensie teologicznym, ale próbę pokrycia części tych potrzeb, które pokrywa religia. Naprawdę nie widzisz tu wspólnego rytuału, kodów czystości, publicznej herezji, ofiar składanych na ołtarzu, moralnej inicjacji, symboli przynależności, opowieści, dzięki której zwykłe życie wydaje się naładowane znaczeniem? Bo to wszystko jest, i często bywa o wiele płytsze i o wiele bardziej satysfakcjonujące niż to, co dostałbyś w Kościele.
Tę wędrówkę da się obserwować w zupełnie zwyczajnych świeckich sytuacjach. Kultura wellness zapełnia się językiem oczyszczania, drobnymi cielesnymi tabu i rytuałami samooczyszczenia, które obiecują więcej niż zdrowie. Astrologia trzyma się wśród ludzi przekonanych, że są zbyt wyrafinowani na religię, a mimo to często wierzących, że ich życie jest z góry przesądzone datą urodzenia. Niezależnie od przekonań religijnych człowiek potrzebuje duchowego pokrzepienia i poczucia, że wszechświat ma czytelne zdanie na temat naszego życia. Materializm i sugestia, że jesteśmy tylko wyewoluowaną kupką białek, są zbyt przygnębiające, by ktokolwiek mógł z tym żyć.
Nawet powoływanie się na naukę często osuwa się w scjentyzm. Pytanie nie brzmi, czy nauka jest prawdziwa; to Kościół katolicki jako pierwszy wydał na świat nowożytną naukę. Zawsze była ona wielką częścią nas, częścią rozumienia Bożego stworzenia przez rozum, który dał nam Bóg. Pytanie brzmi, czy ktoś traktuje ją jak dyscyplinę dociekania, czy jak przedmiot prestiżu, który rozstrzyga o jego statusie, tożsamości i moralnym autorytecie, zamiast szczerze dążyć do prawdy.
Ta sama struktura pojawia się w świeckich kontekstach równie często: ruchy polityczne z przygnębiającą regularnością produkują świętych, odstępców, publiczne wyznania, testy czystości i moralny dramat końca świata. Światy spiskowe robią to z drugiej strony. Oferują wiedzę dla wtajemniczonych, ukryte teksty, moralne zmaganie i objawienie dość wielkie, by połknąć każdą niejednoznaczność. Mechanizm jest w obu przypadkach ten sam. Ludzie wciąż chcą świata podzielonego na zbawionych i potępionych, wtajemniczonych i ślepych.
Dlatego ateistyczne poklepywanie się po plecach często wydaje się tak płytkie. Powiedzenie „odczarowałem świat" potrafi samo stać się własnym zaklęciem. Pochlebia mówiącemu, że już nie ma tych potrzeb, które zaspokajała religia. Ale głód pozostaje. A jeśli głód pozostaje, przyczepi się gdzie indziej.
To coś innego
Ateista tak samo łaknie wzniosłości, potrzeby oddawania czci i wiary, że w tym, co robimy, jest duchowy sens; jeśli nie pokryje tego religią, zwykle szuka tego na wiele innych sposobów. Od przerażających, jak kult jednostki Stalina czy Kim Dzong Una, przez książki fantasy pełne duchów, magii i mnogich bogów, przez gry wideo nasycone tym, co nadprzyrodzone, a czego nie czuje we własnym życiu, aż po kinowe uniwersa superbohaterów, które na siłę sklejają teologię, jakiej wszyscy potrzebujemy, by zrozumieć swoje miejsce we wszechświecie.
Na koniec zacytuję jednego z moich ulubionych papieży:
Wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy.
Encyklika św. Jana Pawła II z 1998 roku, Fides et ratio
Thoughts
-
PermalinkCały argument streszcza się do „ja mam dobrą religię, a ty masz religię, tylko o tym nie wiesz".
-
PermalinkTwoja teza ma jeden problem: w tej formie nie da się jej obalić. Jeśli ateista chodzi na jogę, to „rytuał oczyszczenia". Jeśli lubi Marvela, to „szukanie teologii". Jeśli nie robi nic z powyższych, to „wypiera potrzebę sacrum". Każdy możliwy stan świata potwierdza tezę, a to znaczy, że ona nie mówi nic o świecie, tylko o tym, jak szeroko rozciągnąłeś słowo „religia". Zmienię zdanie, jeśli podasz mi zachowanie świeckiego człowieka, które według ciebie NIE jest ukrytą religią. Jeśli nie umiesz, masz nie diagnozę, tylko sito, które przepuszcza wszystko.
-
PermalinkNajciekawszy w tym wpisie jest przykład wellness, ale autor zatrzymuje się o krok za wcześnie. Mówi „to nowy rytuał oczyszczenia" i kończy na poziomie psychiki. Tymczasem różnica między rekolekcjami a kultem detoksu jest materialna: parafia niczego ci nie sprzedaje na końcu adoracji, a branża wellness w Polsce to dziś setki milionów złotych rocznie na suplementach i sokach, które nic nie oczyszczają. Pytanie nie brzmi „czemu człowiek wciąż łaknie czystości". Brzmi: komu opłaca się przebrać tę potrzebę w fakturę za zielony shot. To nie jest świecka religia, to rynek, który nauczył się tę potrzebę doić.
-
PermalinkJako katolik muszę powiedzieć, że akurat ten wpis źle używa rzeczy, które niby broni. Cytat z Fides et ratio o dwóch skrzydłach jest piękny, ale jego sens jest dokładnie odwrotny do tonu tekstu. Jan Paweł II pisze tam, że wiara potrzebuje rozumu, żeby nie osunąć się w fideizm i zabobon, a więc dokładnie w astrologię i myślenie magiczne, które autor przypisuje wyłącznie świeckim. Encyklika ostrzega obie strony. Jeśli czytasz ją tak, że to ateiści są irracjonalni, a wierzący z definicji nie, to wzięło się skrzydło rozumu i użyło go jako maczugi. To nie obrona wiary, to jej karykatura z dobrym cytatem.
-
PermalinkCzytam to i część jest boleśnie trafna, a część mnie uwiera. Trafne jest to, że odejście nie zostawia po sobie czystego, racjonalnego człowieka. Przez pierwszy rok byłam dokładnie tym, z czego sama bym dziś zadrwiła, ze świeżym ateistą, który ma rację o wszystkim. Pierwsza niedziela, kiedy się nie wróciło, nie była wolnością, była pustym popołudniem. Ale potem twój wpis robi to, czego u wierzących nie znoszę najbardziej: zakłada, że skoro odeszłam, to na pewno czymś tę dziurę zatkałam, astrologią, wellness, czymkolwiek. Nie zatkałam. Czasem dziura po prostu zostaje dziurą i z tym się żyje. To jest możliwość, której twój schemat nie dopuszcza.
-
Permalinkdoceniam, że wpis roastuje „odczarowałem świat" ateistę, bo ten typ faktycznie jest nieznośny. ale potem sam autor robi to samo z drugiej strony: „nawet najbardziej zagorzały ateista nie umie z tym żyć". bracie to jest dokładnie to samo poklepywanie się po plecach, tylko w sutannie. obie strony mają tego jednego gościa, co znalazł jeden cytat i myśli, że zamknął temat. tu akurat z papieżem na końcu, dla stylu.
-
PermalinkCałość stoi na jednym słowie, które robi tu dwie różne robotki. Raz „religia" znaczy konkretny system z doktryną, kultem i roszczeniem prawdy. Raz znaczy „dowolny zespół potrzeb: przynależność, rytuał, sens". To drugie znaczenie jest tak szerokie, że obejmuje też kibiców Wisły i ludzi, którzy zawsze parzą kawę w ten sam sposób. Rozdziel te dwa znaczenia, a połowa wpisu okazuje się prawdziwa w sposób trywialny (ludzie mają potrzeby), a druga połowa, ta ciekawa, zostaje bez dowodu.
-
PermalinkPróbuję to czytać życzliwie, bo gdzieś w środku jest dobra obserwacja, tylko zawinięta w za mocną tezę. Dobra część: ludzie naprawdę przenoszą struktury przynależności i czystości na politykę albo na fandom, i to bywa płytsze niż to, co zastąpili. To widać i warto o tym pisać. Za mocna część: z tego, że potrzeba zostaje, nie wynika, że każde jej zaspokojenie jest „ukrytą religią", ani że materializm jest fałszywy, bo bywa przygnębiający. Gdyby autor zatrzymał się na pierwszym, miałby trafny tekst o psychologii. Doszedł do drugiego i zrobił z tego dowód metafizyczny, którego argumenty nie udźwignęły.
-
Permalinkten fragment o Marvelu i grach jako szukaniu teologii to dla mnie największy reach w całym tekście. grałem 200 godzin w Eldena nie dlatego, że szukam sacrum, tylko dlatego, że walka z bossem jest dobrze zrobiona i mam wolny weekend. czasem gra to gra. autor robi numer, który widzę online codziennie: bierze normalną rzecz, którą ludzie po prostu lubią, i dorabia jej GŁĘBSZĄ POTRZEBĘ, żeby pasowała do tezy. jak ktoś lubi superbohaterów to ma niezaspokojony głód transcendencji, a jak ja lubię, to po prostu lubię? to nie analiza, to wróżenie z fanów.