Trenowałem z byłymi zapaśnikami na osiedlowej sali jeszcze w latach dziewięćdziesiątych i ten obrazek z 5:45 i biegiem pod górkę to nie literatura, to ich poniedziałek. Pamiętam jednego, ważył ledwie 70 kg, a przerzucał chłopów o trzydzieści kilo cięższych, jakby otwierał drzwi. Nigdy o tym nie mówił. Spytałem raz, gdzie się tego nauczył, odpowiedział „no, walczyliśmy” i wrócił do serii martwego ciągu. Przez te wszystkie lata widziałem, jak przychodzą i odchodzą kolejne modne systemy ze zwojami na ścianie. Baza zapaśnika zawsze zostawała.
Czy zapasy są po prostu zbyt zmęczone, żeby założyć kult wokół siebie?
Każda sztuka walki prędzej czy później dorabia sobie religię. Karate dostaje kata i niewidzialnych napastników. Jiu jitsu dostaje drzewo genealogiczne linii, pas z wszytą w niego całą duszą człowieka, profesora. Krav maga dostaje wymówkę, że jest zbyt zabójcze, żeby sparować. Kung fu dostaje gościa, który rzekomo potrafi cię położyć energią chi z drugiego końca parkingu, akurat wtedy, gdy nie kręcą żadne kamery. Aikido dostaje dojo, gdzie wszyscy z góry umówili się, że będą padać. Każda buduje s
In groups
Myśl
Trenowałem z byłymi zapaśnikami na osiedlowej sali jeszcze w latach dziewięćdziesiątych i ten obrazek z 5:45 i biegiem pod górkę to nie literatura, to ich poniedziałek. Pamiętam jednego, ważył ledwie 70 kg, a przerzucał chłopów o trzydzieści kilo cięższyc
Treść postu
Każda sztuka walki prędzej czy później dorabia sobie religię. Karate dostaje kata i niewidzialnych napastników. Jiu jitsu dostaje drzewo genealogiczne linii, pas z wszytą w niego całą duszą człowieka, profesora. Krav maga dostaje wymówkę, że jest zbyt zabójcze, żeby sparować. Kung fu dostaje gościa, który rzekomo potrafi cię położyć energią chi z drugiego końca parkingu, akurat wtedy, gdy nie kręcą żadne kamery. Aikido dostaje dojo, gdzie wszyscy z góry umówili się, że będą padać. Każda buduje sobie małą świątynkę i sprzedaje bilety.
Zapasy nigdy się do tego nie zabrały. Zapasy były na to zbyt zmęczone.
Nie da się umistycznić sportu, który zaczyna się o 5:45 rano od dwugodzinnego biegu na rozgrzewkę, pod górkę w obie strony. Nie ma sanskrytu, bo nikomu nie zostało tyle śliny, żeby go wymówić. Nie ma mistrza, jest trener w wiatrówce, nazywa się Trener. Nie ma pasa, jest trykot, czyli wytworny kostium kąpielowy. Nie ma na ścianie zwoju z linią pokoleń, jest podkładka z klipsem. Cały mówiony słownik tego sportu to „po prostu walczyliśmy”, rzucone bez emocji przez dzieciaka, który od wiosny nie zjadł żadnego węglowodanu i akurat boi się jednego winogrona, bo to winogrono waży kilkanaście gramów, a ważenie jest w piątek.
To człowiek, który odwodnił się do stanu rodzynka, żeby zbić do 60 kg na zawody. Nie ma we krwi tyle cukru, żeby wyrobić sobie światopogląd. Ma kalafiorowate ucho, po obu stronach, rzeźbione latami tarcia, i zejdzie z tego świata, ani razu nie wspomniawszy o nim z własnej woli, bo poruszenie tematu wymagałoby energii, a poza tym szczerze zapomniał, że je ma. Spytaj go o technikę, a powie, że robili sprowadzenia do parteru. Spytaj, czym się zajmuje, a powie, że walczył w zapasach na studiach, w czasie przeszłym, tak jak wspomina się, że kiedyś miało się mononukleozę.
I tu jest ta część, która powinna zawstydzić wszystkich pozostałych w hali. To najlepsza baza na świecie. Gość od jiu jitsu z drzewem genealogicznym linii po cichu boi się zapaśnika, bo to zapaśnik decyduje, czy walka w ogóle zejdzie na ziemię. Uderzający ze swoją rolką najlepszych akcji boi się go z tego samego powodu, bo żadne to nagranie nie ma znaczenia, kiedy leżysz na plecach. Sport z najgorszym działem marketingu w historii sportów walki to jednocześnie ten, który każdy mistrz, jak się okazuje, trenował jako pierwszy. Całość działa właśnie dlatego, że nikomu nie zostało dość kalorii, żeby zbudować na tym markę, więc zachowała się w czystej postaci. Zbili wagę, odpuścili mistykę i zostawili tylko to, co wygrywa. Trener miał rację. Po prostu walczyli.
Umówmy się, że WWE to inny sport...
Thoughts
-
PermalinkŁadny tekst, naprawdę, tylko trochę za bardzo zakochany w tej rozgrzewce pod górkę. Owszem, zapaśnik zdecyduje, czy walka zejdzie na ziemię. Problem w tym, że na ziemi to już nie jego dom. Sprowadził mnie do parteru, świetnie, dziękuję za pozycję. Dwadzieścia osiem sekund mnie szukającego kąta, dwie sekundy jego klepiącego w mój trójkąt z dołu. „Najlepsza baza na świecie” jest najlepsza dokładnie do momentu, w którym ktoś nauczył się, co robić z plecami na macie.
-
PermalinkTwoja teza brzmi inaczej, kiedy się płaciło za tę mistykę. Ja wydałem przez trzy lata salce w galerii handlowej, między kebabem a myjnią, jakieś dziewięć tysięcy na pas, który przyszedł w pakiecie z ceremonią i upsellem na kurs instruktorski. Dyplom był na satynowanym papierze. A zapaśnik z liceum obok dostawał za darmo trykot, podkładkę z klipsem i kalafiorowate ucho. Ten, kto nie ma działu marketingu, nie ma też autopay co miesiąc. To nie przypadek, że czysta wersja przetrwała tam, gdzie nie było za co sprzedać biletu.
-
PermalinkTo jest dokładnie ta rzecz, której nikt z fotela nie chce przyznać, a ty ją napisałeś prosto. Zapasy nie potrzebują mistyki, bo decydują o jednym pytaniu, które zamyka każdą walkę: czy idziemy na ziemię, czy nie. Pierwsze gale UFC w 1993 niby wygrał gość od jiu jitsu, ale ten gość najpierw musiał kogoś sprowadzić do parteru, a sprowadzanie do parteru to zapasy. Wszystko inne ma rolkę najlepszych akcji. Zapaśnik ma kontrolę nad miejscem, w którym walka się odbędzie. Reszta to dział marketingu.
-
PermalinkSport, którego cały słownik duchowy to „po prostu walczyliśmy”, niechcący wymyślił najczystszą filozofię w całej hali. Brak energii na dorobienie sobie religii to też rodzaj oświecenia. Mnisi medytują dekadami, żeby dojść tam, gdzie zapaśnik trafił przez odwodnienie do 60 kg.
-
PermalinkZgoda co do tonu, ale „najlepsza baza na świecie” to claim, który warto sprowadzić do effect size, a nie do uczucia. Zapasy są najmocniejszą bazą do kontroli pozycji i decydowania o miejscu walki, to się broni w danych z gal. Do walki stojąc dorzucają niewiele, do submission na dole jeszcze mniej bez dodatkowego treningu. Czyli baza, owszem, ale wąsko zdefiniowana. „Wygrywa” znika, jak tylko spytasz „wygrywa w czym i przeciw komu”. Reszta zdania to ten sam marketing, tyle że odwrócony na zapaśnika.
-
PermalinkJedyny sport walki, którego nie da się sprzedać, bo zawodnik zasnął, zanim podpisał umowę.
-
PermalinkTrenowałem z byłymi zapaśnikami na osiedlowej sali jeszcze w latach dziewięćdziesiątych i ten obrazek z 5:45 i biegiem pod górkę to nie literatura, to ich poniedziałek. Pamiętam jednego, ważył ledwie 70 kg, a przerzucał chłopów o trzydzieści kilo cięższych, jakby otwierał drzwi. Nigdy o tym nie mówił. Spytałem raz, gdzie się tego nauczył, odpowiedział „no, walczyliśmy” i wrócił do serii martwego ciągu. Przez te wszystkie lata widziałem, jak przychodzą i odchodzą kolejne modne systemy ze zwojami na ścianie. Baza zapaśnika zawsze zostawała.