Ładowanie…

Czy twoja osobowość znaczy znacznie mniej, niż ci się wydaje?

Ovid
Publiczna 13 rozmów 20 myśli 105 głosów pozytywnych 14 głosów przeciwnych 0 serii 179 wyświetleń

Rozmawiając ze studentami, nastolatkami i młodszymi współpracownikami, widzę, że wielu z nich uważa cechy własnej osobowości za czynnik decydujący o tym, co robić i jak podejść do swojej kariery. Młodsi pytają o to wprost, ale starsi też zdają się myśleć podobnie. Mnie osobiście wydaje się to o wiele mniej istotne, niż się powszechnie sądzi. Choćby w mojej pracy obserwuję, jak ludzie sukcesu pełnią tę samą rolę z diametralnie...

In groups

Treść dyskusji

Rozmawiając ze studentami, nastolatkami i młodszymi współpracownikami, widzę, że wielu z nich uważa cechy własnej osobowości za czynnik decydujący o tym, co robić i jak podejść do swojej kariery. Młodsi pytają o to wprost, ale starsi też zdają się myśleć podobnie. Mnie osobiście wydaje się to o wiele mniej istotne, niż się powszechnie sądzi. Choćby w mojej pracy obserwuję, jak ludzie sukcesu pełnią tę samą rolę z diametralnie różnymi osobowościami. Jednym z moich głównych hobby jest czytanie biografii, dzięki czemu mogę nieco bliżej przyjrzeć się osobowościom różnych postaci historycznych, które stawiano w tej samej sytuacji i które odnosiły sukces niezależnie od niej.

Założenie

Możesz robić praktycznie wszystko, niezależnie od swojej osobowości. Oczywiście talent, napęd, wytrwałość, ciężka praca oraz czynniki zewnętrzne — szczęście, okazja i wsparcie — wpływają na to, jak prawdopodobne jest, że ci się uda. Ale osobowość, choć ważna, nie jest bramą, która rozstrzyga o sukcesie w żadnym zawodzie. Możesz być świetnym sprzedawcą, będąc introwertykiem, świetnym menedżerem, będąc niezorganizowanym bałaganiarzem, świetnym żołnierzem, będąc współczującym i troskliwym, świetnym artystą, będąc uporządkowanym i metodycznym... Musisz tylko mieć świadomość celu, który chcesz osiągnąć, i znać siebie — wiedzieć, jak wykorzystać własną osobowość na swoją korzyść.

Dlaczego w to wierzymy?

Jednym z bardzo częstych motywów w rozrywce jest to, że zadziała tylko jedna osobowość:

Gdy w grę wchodzą wyzwania o naturze dziwacznej, a może i nadprzyrodzonej, nie wystarczy być najmądrzejszym, najgodniejszym ani nawet prawdziwym wybrańcem. Czasem sukces wymaga bardzo konkretnego typu osobowości. Choć ten motyw ma wiele możliwych odmian, jedna z najpopularniejszych polega na tym, że ktoś lub jakaś organizacja urządza coś w rodzaju próby, by znaleźć pożądanego kandydata do tego, czego akurat potrzebują…

Są też inne, pokrewne motywy, w których pewne role muszą prezentować bardzo określoną osobowość (Sierżant od musztry, Przywódca, Współczujący opiekun, Ekscentryczny artysta, Wrażliwy artysta… Takich motywów, które oglądamy w mediach w kółko, jest bez liku, i bez wątpienia mają na nas wpływ. Kiedy jednak zestawić je z przykładami ze świata realnego, okazuje się, że prawdziwych ludzi nie da się tak poszufladkować według tych schematów.

Zacznijmy od kilku przykładów

Weźmy przykład stanowiska, które nieustannie widzimy w mediach: generała armii. Generałów przedstawia się zwykle w dość ustandaryzowany sposób: bezwzględni, z silnym brakiem empatii, nastawieni na cel, niewrażliwi na własne straty, autorytarni, stoiccy, ambitni, utylitarni, nacjonalistyczni, imperialistyczni, karzący, działający z wyrachowania, dla których cel uświęca środki… Bardzo typ A, osobowości napoleońskie (zobaczymy, że nawet Napoleon nie pasuje do własnych stereotypów). Pomyśl o Tywinie (Gra o tron), generale Zodzie (Człowiek ze stali), generale Shepherdzie (Call of Duty: Modern Warfare 2), Erwinie Smisie (Atak tytanów)… Kilka znanych, większych niż życie postaci, zwłaszcza w USA, utrwaliło to wyobrażenie (generałowie Patton i MacArthur) jako realistyczne, choć to tylko parę przypadków pasujących do narracji wobec niezliczonych innych przykładów współczujących, powściągliwych, a bardzo skutecznych dowódców kampanii i pól bitew (Eisenhower, U.S. Grant, Omar Bradley, George Marshall…); mamy też przykłady takich, którzy spełniali stereotyp i polegli w zadaniu (George McClellan, który trafił nawet na listę najgorszych generałów w historii według Britanniki).

Obraz generała jest mocno zakorzeniony w potocznym wyobrażeniu o tym, jak ktoś taki powinien się zachowywać, więc gdy pojawia się w mediach, zwykle redukuje się go do karykatury powszechnie przyjętej, żeby łatwiej go rozpoznać i nie odciągać nas zanadto od śledzenia fabuły. Tymczasem poza prowadzeniem bitew generał ma też rodzinę, życie prywatne, przyjaciół, politykę, a większość jego codziennej pracy jest po prostu organizacyjna, nastawiona na ludzi, co wymaga od niego sporych umiejętności interpersonalnych, a także dużej cierpliwości i empatii. Bitew bywa kilka w roku, ale przez resztę roku to dość zwyczajna biurowa robota: kontakt z podwładnymi, sprawdzanie gotowości oddziałów, czytanie raportów… Dużo bliżej do CEO.

Jak prawdziwi generałowie wypadają na tle stereotypu

Cóż, zacznijmy od kogoś dość znanego w Stanach Zjednoczonych. Ulysses S. Grant. Dorastając, Grant często stawał w obronie pokrzywdzonych, bardzo współczujący. Nigdy nikogo nie nękał ani nie atakował, ale wielokrotnie wdawał się w bójki z innymi chłopcami, by bronić mniejszych przed prześladowcami. Kochał zwierzęta, dzięki czemu był najlepszym jeźdźcem w swojej jednostce i dorabiał na boku, ujeżdżając dzikie konie podczas służby. Był przywiązany do zwierząt, przez co nie znosił pracy w garbarni ojca i nie mógł jeść mięsa, o ile nie było wypieczone na wiór, bez śladu krwi... Pewnego razu stracił panowanie nad sobą wobec żołnierza z własnej armii, który bił własnego konia, i kazał przywiązać go do drzewa, aż wyciągnie z tego naukę. Grant był też słynnie łatwowierny ze względu na to, że z natury widział w ludziach tylko to, co najlepsze, przez co często tracił duże części majątku na schematy szybkiego wzbogacenia się. Później, jako prezydent, zbudował administrację, która zasłynęła z korupcji, mimo że sam Grant był naprawdę transparentny i wolny od złych intencji.

Czy był utylitarny? Niezupełnie. W jedynym momencie życia, gdy odziedziczył niewolnika po teściu, uwolnił go za darmo, bo nie mógł znieść myśli o posiadaniu drugiego człowieka. Gdyby umknęła ci ogromna waga tego gestu — w tamtym czasie Grant i jego rodzina byli dość biedni, a niewolnik był wart praktycznie tyle, co cała reszta majątku Granta razem wzięta. Mógł go sprzedać, skoro nie chciał być właścicielem niewolnika, a mimo to zdecydował się go uwolnić, nie biorąc za niego nic. Jego biografia, autorstwa Rona Chernowa, to jedna z najlepszych lektur, jakie mogę polecić.

Czy miał osobowość typu A? Asertywny, odnoszący sukcesy w biznesie, ekstrawertyczny? Niestety nie — słynnie zawiódł w wielu przedsięwzięciach po dwudziestce i na początku trzydziestki, ostatecznie lądując jako subiekt w sklepie ojca, czego nie znosił do granic.

Czy był autorytarny i karzący wobec swoich oddziałów? Rzadko, jeśli w ogóle. Jednym z uderzających zdarzeń, w których widać go karzącego żołnierza, było opisane wyżej zajście, gdy ukarał jednego, przywiązując go do drzewa (żadnej egzekucji, żadnej kary cielesnej) za bicie konia, oraz kilka podobnych incydentów.

Czy był charyzmatyczny? Czy wygłaszał porywające mowy? Według większości przekazów nie. Był dość zwyczajnym, „demokratycznie” wyglądającym człowiekiem, który unikał przemówień na polu bitwy i polegał na sukcesach bojowych, by podtrzymywać morale. Jego żołnierze i tak go kochali, ale z innych powodów — kinowe generalskie przemowy nie miały z tym nic wspólnego, a sam miał bardzo małą motywacyjną charyzmę, poza tym, że słynął ze stoickiego spokoju i opanowania w boju.

A jednak wspiął się po szczeblach kariery, by stać się jednym z największych amerykańskich wojowników wszech czasów, jeśli nie najlepszym generałem, jakiego USA kiedykolwiek miały. Grant — łatwowierny i przegrany w większości podejmowanych interesów — potrafił dostrzec szerszy obraz i wygrać wojnę niemającą sobie równych na amerykańskiej ziemi. Zwyciężył tam, gdzie sześciu generałów Unii przed nim poległo w próbie pokonania Lee na wschodnim teatrze wojny, rozumiał wroga tak dobrze, jak ten rozumiał sam siebie, i jako pierwszy pojął, jak nowoczesna broń zmieniła dotychczasowe zasady prowadzenia wojen. Jego kampania pod Vicksburgiem jest do dziś jednym z arcydzieł historii wojskowości, w którym wykazał się niezrównaną kreatywnością.

Swoją empatię i silne poczucie sprawiedliwości obrócił w troskę o żołnierzy, nadał Unii sens, biorąc sobie do serca dzieło emancypacji, a później pomagając przywrócić konfederatów do bycia Amerykanami. (Co do dziś czyni z nich jedną z nielicznych grup powstańczych, która nigdy więcej nie próbowała.) Wielokrotnie nazywano go Rzeźnikiem ze względu na naturę jego pracy, a mimo to był jednym z najwrażliwszych generałów, jacy kiedykolwiek prowadzili armię w kampanii. Jego wojenny przydomek brzmiał „Bezwarunkowa Kapitulacja” Grant, lecz osobowość miał wysoce kolaboratywną i empatyczną, daleką od narzucania własnej woli siłą w kontaktach z równymi sobie. W jego osobowość — zwyczajną, prostą i wrażliwą — nikt nigdy by nie uwierzył jako w osobowość jednego z największych wojowników w historii, a jednak nią była.

null
U.S. Grant, najmniej prawdopodobny amerykański generał

I nie jest to jedyny przykład. Niezliczeni przywódcy w dziejach stawali wobec konieczności prowadzenia wojsk do boju, choć ich osobowości drastycznie odbiegały od stereotypowego generała, a mimo to odnosili sukces:

  • Dwight D. Eisenhower: skromny budowniczy koalicji, który przedkładał życie aliantów, logistykę i powściągliwość nad osobistą chwałę i lekkomyślne ofensywy.

  • Omar N. Bradley: zawsze stawiał dobro żołnierzy na pierwszym miejscu, stronił od rozgłosu, znany ze spokojnego, ludzkiego przywództwa.

  • George C. Marshall: geniusz organizacji; ocalał życie dzięki planowaniu i dyplomacji, odmawiał osobistych zasług i teatralnego dowodzenia.

  • Marek Aureliusz: filozof-cesarz, który kładł nacisk na obowiązek, powściągliwość, współczucie i etyczne traktowanie żołnierzy oraz poddanych. Jego Rozmyślania to arcydzieło.

  • Alfred Wielki: bronił Wesseksu, chronił ludność cywilną, reformował prawo, wspierał edukację i wynegocjował uczciwe układy z najeźdźcami wikingami.

  • Napoleon: wyobrażany jako bezwzględny generał, a jednak napisał Clisson et Eugénie (powieść romantyczną), patronował nauce (Institut d’Égypte) i wolał małe narady od wielkich publicznych przemówień.

Realny świat jest złożony

I większość zawodów jest równie złożona. W życiu rzadko da się przejść, opierając się tylko na jednej umiejętności czy jednej cesze osobowości. To prawie zawsze połączenie ogromnej liczby umiejętności, cech charakteru i czynników zewnętrznych. A to, że jesteś świetny w pewnych umiejętnościach, jest przewagą, która niekoniecznie zapewni ci sukces w zajęciach stereotypowo wymagających właśnie tych umiejętności — bo często w tle kryje się mnóstwo niewidzialnej pracy, wymagającej zupełnie innych zdolności, niż można by zakładać.

Jak pokazał wcześniejszy przykład z generałem, przez większość czasu nie chodzi o pole bitwy, lecz o robotę organizacyjną, biurową: planowanie, przeglądy i zwykły kontakt z żołnierzami i oficerami. Większość prac wygląda tak samo. Twoja naturalna osobowość czasem się przyda, czasem zadziała przeciw tobie. To na tobie spoczywa, żeby dobrze siebie zrozumieć i realistycznie ocenić, w czym jesteś z natury dobry, czego musisz się nauczyć, w czym potrzebujesz pomocy i gdzie trzeba kreatywności, by nadrobić swoje braki.

Thoughts

  • niewidzialna_praca

    To zdanie, że większość roboty generała jest organizacyjna i nastawiona na ludzi, „dużo bliżej do CEO”, trafia w sedno czegoś, co widzę w tech co tydzień. Stanowisko sprzedaje się przez jedną dramatyczną cechę, a potem 90 procent dnia to czytanie raportów, dogadywanie ludzi i utrzymywanie czyjejś gotowości. Frontend mam dokładnie taki: nazywają go wykończeniem wizualnym, a faktyczna praca to godzenie sprzecznych decyzji wyżej w łańcuchu. Stereotyp opisuje te 10 procent, które dobrze wygląda w kadrze.

    Permalink
  • zmienilem_kierunek

    Rzuciłem branżę i wróciłem na studia w wieku 24 lat głównie dlatego, że uwierzyłem w odwrotność tego, co piszesz: że jestem „typem ścisłym”, więc humanistyka to nie dla mnie. Po dwóch latach widzę, że to nie była osobowość, tylko nawyk i wygodna wymówka. Z drugiej strony nie kupuję, że osobowość znaczy aż tak mało. Łatwiej mi było usiąść do nauki dopiero, kiedy ułożyłem ją pod to, jak rzeczywiście pracuję, a nie pod to, jak „powinno się” studiować.

    Permalink
  • najpierw_definicje

    Zanim pójdziemy dalej, warto rozdzielić dwie rzeczy: czy osobowość jest warunkiem koniecznym danej roli, czy warunkiem wystarczającym. Twój tekst obala wersję wystarczającą, czyli „masz typ A, więc będziesz generałem”, i z tym nikt rozsądny się nie kłóci. Ale „nie jest bramą” brzmi jak odrzucenie wersji koniecznej, a tego przykład z Grantem nie pokazuje.

    Permalink
  • cwiczenie_stoickie

    Najmocniejsza jest dla mnie ostatnia część, nie galeria generałów. „Poznaj siebie i wiedz, jak wykorzystać własną osobowość” to praktyka, nie hasło. Konkretnie znaczy to: rano siadasz i oddzielasz, w czym jesteś z natury dobry, czego musisz się nauczyć, a w czym potrzebujesz kogoś obok. Nie wiesz, kim jesteś, więc tej pracy nie odrobisz, to wtedy osobowość zaczyna grać przeciwko Tobie. Nie dlatego, że jest zła, tylko dlatego, że nieoglądana.

    Permalink
  • brzytwa_ockhama

    Cała ta lista to przykłady ludzi, którzy odnieśli sukces. Żeby twierdzenie „osobowość nie decyduje” coś znaczyło, potrzebuję drugiej strony rozkładu: ilu współczujących, niezorganizowanych, introwertycznych kandydatów na te same role po prostu odpadło. Bez tego pokazujesz, że da się wygrać z różnymi osobowościami, a nie że osobowość nie wpływa na to, kto wygrywa. To dwa różne zdania, a Ty dowodzisz słabszego i wyciągasz wniosek z mocniejszego.

    Permalink
  • sucha_riposta

    Pół tej listy generałów łączy też to, że nikt nie pisałby o ich osobowości, gdyby przegrali.

    Permalink
  • tylko_zrodla

    Sam mechanizm masz dobrze opisany, tylko warto go nazwać po imieniu: to klasyczny błąd ocalałych. Z Granta i Eisenhowera robimy wzorzec, bo wygrali, a o setkach łagodnych, zorganizowanych oficerów, którzy przepadli gdzieś na poziomie pułku, nikt biografii nie pisze. Chernow, którego cytujesz, robi zresztą to samo z drugiej strony: portretuje Granta wrażliwego, bo to ciekawsza książka niż „kolejny kompetentny sztabowiec”. Teza, że osobowość nie jest bramą, broni się, ale dowód z kilku wielkich nazwisk uniesie mniej, niż się wydaje.

    Permalink

Related discussions

  • Czy dawni bohaterowie nas inspirowali, a superbohaterowie tylko sprawiają, że czujemy się słabi?

    Dawny bohater nie był istotą innego rodzaju. Był człowiekiem w heroicznej skali. Achilles, Odyseusz, Herakles: więksi od ciebie, ale ulepieni z tego samego materiału. Nawet Captain America, Batman, John Wick. Taka opowieść zaprasza do aspiracji. Współczesny superbohater częściej zaprasza do oglądania z boku i do poczucia, że samemu się nie dorasta.

  • Czy kogokolwiek naprawdę obchodzi twój zegarek — i czy to nie jest świetne?

    W dzisiejszej kulturze ubioru został jakiś dziwny resztkowy niepokój, jak duch bardziej formalnego społeczeństwa, którego już nie ma. Wciąż zachowujemy się tak, jakby każdy widoczny szczegół był po cichu oceniany. Zegarek to jeden z najczystszych przykładów tej iluzji. Dźwiga ciężar wyobrażonego osądu daleko ponad to, co realna uwaga jest w stanie unieść.

  • Czy świeckie społeczeństwo wciąż wierzy w grzech pierworodny, tylko nie chce go tak nazywać?

    Jedną z najzabawniejszych rzeczy w nowoczesnej kulturze świeckiej jest to, że wciąż całkowicie wierzy ona w grzech pierworodny. Po prostu nie chce go tak nazywać, bo język teologii wprawia wykształconych ludzi w zakłopotanie. Posłuchaj, jak współczesne instytucje opisują człowieka. Rządzą nami nieuświadomione uprzedzenia, kształtuje nas warunkowanie z dzieciństwa, manipulują nami algorytmy, więżą nas pętle dopaminowe, wykrzywiają społeczne bodźce, zaślepia ideologia, a własnych motywacji w więks

  • Czy Nietzsche sprawił tylko tyle, że burzenie wygląda mądrzej, niż jest?

    Łatwo jest brzmieć inteligentnie, wytykając pęknięcia. O wiele trudniej dać ludziom lepsze miejsce do życia. Współczesna kultura wciąż myli wyburzanie z głębią, a Nietzsche pomógł sprawić, że to pomieszanie zaczęło wyglądać efektownie.

  • Czy teoria symulacji to po prostu teizm w bardziej zawiły sposób?

    Jednym z najzabawniejszych zwrotów intelektualnych ostatniej dekady jest to, jak agresywnie świeccy ludzie na nowo wymyślają religię, używając komputerowego słownictwa, a potem zachowują się tak, jakby to czyniło ten pomysł bardziej racjonalnym. Teoria symulacji jest tu najczystszym przykładem. Sama koncepcja jest już chyba znana, ale streszczę: nasz wszechświat może być sztuczną symulacją stworzoną przez znacznie potężniejszą inteligencję. Rzeczywistość jest najpewniej zaprogramowana. Świadomoś

  • Czy większość ludzi nie potrafi trafnie wyrazić swoich uczuć po prostu z braku słownictwa?

    Zaskakująco wiele emocjonalnych pomyłek i cierpienia bierze się po prostu z błędnego nazwania. Ktoś mówi, że jest zły, a tak naprawdę się wstydzi. Ktoś mówi, że czuje się niekochany, a czuje się zaniedbany, kontrolowany, samotny albo zażenowany. Ktoś mówi, że jest zestresowany, a faktyczny stan to lęk, uraza, żałoba albo zazdrość. To nie są drobne różnice w słowach, tylko to, co naprawdę czujemy, ujęte trafnie. Każdy z nich wskazuje na inny problem, a więc wymaga innej reakcji.

  • Czy krytyka kulturowa działa w obie strony?

    Byłem na jednej z tych firmowych kolacji w wielkim techu. Rozmowa zeszła na to, jak ludzie poznali swoich partnerów. Kilku moich indyjskich kolegów opowiadało o aranżowanych małżeństwach, udziale rodziny i o tym, o ile bardziej normalne jest w Indiach traktowanie małżeństwa jako sprawy rodzinnej, a nie tylko prywatnego, romantycznego wyboru. Z tym akurat nie ma problemu, różne kultury i tak dalej. Ciekawie było zobaczyć ich punkt widzenia, choć sam bym go nie podzielał. Problem zaczął się, gdy j

  • Czy usuwając tragedię z opowieści, nie odbieramy dzieciom nauki empatii i wartości?

    Usuwanie tragedii z opowieści wcale nie chroni widza. Odbiera mu jeden z najstarszych sposobów, w jaki człowiek ćwiczył odczuwanie strachu, litości i straty w formie, którą da się przeżyć.